Pilot wojskowy, misje UNPROFOR i UNIKOM.Publicysta. Wykładowca. Patriota nietolerujący inwektyw i sieciowego tchórzostwa. Lubisz: https://xitter.cf/t.co/pPHnCSlNfq

Skierniewice, Polska
Joined August 2016
Subtelna zmiana kierunku strategicznego Rosji Nie jest to całkowita zmiana wojennej strategii. Rosja wciąż działa tak samo, w tym samym kierunku. Cele strategicznie nie zmieniły się. Długofalowo jest to budowanie własnej strefy wpływów (a de facto władzy) w Europie pod eufemistycznym hasłem „świata wielobiegunowego”, a krótkoterminowo – przejęcie pełnej kontroli nad całą Ukrainą. Ogólna strategia wobec samej Ukrainy też pozostaje bez zmian: złamać wolę walki i spowodować zobojętnienie, bezwolę, tak by móc relatywnie łatwo osadzić sprzyjające sobie władze i wywalczyć kontrolę nad ludnością, zasobami państwa, surowcami, pozostałym przemysłem, rolnictwem oraz by wykorzystać te wszystkie zasoby we własnej machinie wojennej, ukierunkowanej na realizację pozostałej części planu. Zmienia się jedynie to, w jaki sposób chce to Rosja osiągnąć. Wygląda na to, że na tę zimę Rosjanie postawili na stworzenie jak najtrudniejszych warunków ludziom w Ukrainie. Przede wszystkim w Kijowie, bo Kijów to jednak stolica, a Ukraina jest dość scentralizowana jeśli chodzi o system władzy. Jeśli ktoś miałby doprowadzić do niestabilności politycznej, do obalenia istniejącej administracji, to tylko mieszkańcy stolicy. Właśnie dlatego na nich skupia się uwaga rosyjskich działań nękających, a będzie tylko gorzej. Ostatnim pomysłem stwarzania szczególnych uciążliwości jest atakowanie mostów na Dnieprze w dużych miastach. Nie ma to na celu przerwania jakiekolwiek komunikacji przez Dniepr. A z pewnością nie ma na celu zatrzymanie logistyki wojskowej. Skąd to wiemy? Bo gdyby Rosjanie chcieli wstrzymać dopływ zaopatrzenia do wojsk walczących na wschodzie kraju, atakowali by mosty kolejowe. To właśnie transportami kolejowymi płynie większość zaopatrzenia dla ukraińskich wojsk. Ale mostów kolejowych Rosjanie nie atakują, ale drogowe. I to w dużych miastach, a przecież transporty amunicji nie są transportowane przez środek dużych miast, nawet ciężarówkami. Paliwa też nie wozi się przez środek Kijowa. Uszkodzone mosty drogowe powodują natomiast poważny paraliż funkcjonowania miasta. Ludzie do pracy jeżdżą objazdami i takimiż wracają, tworzą się wielkie korki, wszyscy spędzają dużo czasu w samochodach, zamiast w domu czy pracy. Ale przecież to nie wszystko. Będzie systematycznie odcinany prąd, będą przerywane dostawy wody i ciepła zimą. Będą trudności aprowizacyjne, z łącznością telefoniczną, z internetem. Życie stanie się naprawdę ciężkie do zniesienia. I wciąż nie będzie widać żadnych perspektyw na szczęśliwe zakończenie wojny, na zwycięstwo, na powrót do normalnego życia. W pewnym momencie ludzie po prostu tego nie wytrzymają. Już dziś scena polityczna Ukrainy radykalizuje się. Coraz bardziej rosną w siłę zmarginalizowane dotąd ugrupowania narodowo-niepodległościowe, które uważają, że Ukraina i tak nie wejdzie do Unii Europejskiej i NATO, nie ma więc co przeprowadzać jakichś kosztownych reform, bo i tak nic z tego nie będzie. Ograniczenia na drodze do UE dla Ukrainy przestają na nich działać, bo są to zwolennicy budowania państwa całkowicie neutralnego, a zarazem silnego, wzorując własną pozycję na pozycji Izraela. Izrael jest dla nich inspiracją, w tym sensie że silne, zdecydowane państwo, nie oglądające się na społeczność międzynarodową jest w stanie trwać wśród wrogów i zachować pełną suwerenność. To z kolei powoduje zwolnienie niektórych hamulców, co oczywiście nie przyczynia się do budowania z Zachodem dobrych relacji. Jednocześnie ani Moskwa, ani także Bruksela nie mają wątpliwości, że taka Ukraina nieuchronnie zdryfuje na wschód, by w końcu odnaleźć się u boku Rosji. Pojawi się swego rodzaju „syndrom gruziński”, skończy się to niestety źle tak dla Ukrainy, jak i dla Europy, która straci bufor ochronny i ważnego jednak sojusznika militarnego. Moskwa oczywiście działa dokładnie w tym kierunku. Pierwsze zwycięstwo Kremla to zamknięcie drogi Ukrainie do struktur zachodnich, powstrzymanie budowy prozachodniej Ukrainy. Wydaje się, że to zwycięstwo już Rosjanie odnieśli, to coś niedostrzegalnego w Unii Europejskiej, ale wszelkie głosy typu „Ukraina nie może zostać przyjęta do UE” odbiera ludziom resztki nadziei na budowę wymarzonego państwa praworządnego, demokratycznego, normalnego, z mocno ograniczoną korupcją i nepotyzmem. Warto zauważyć, że dążenia społeczne nie pokrywają się tu z dążeniami samych władz, które nie śpieszą się z demontażem systemu oligarchicznego i powstrzymaniem korupcji oraz innych niekorzystnych zjawisk. A Rosjanie to wszystko rozgrywają. Podsycają niechęć społeczeństw zachodnich do integrowania Ukrainy we własnych strukturach, wzmacniają w samej Ukrainie ruchy „niepodległościowe”, bo wiedzą że trwanie Ukrainy w roli „Izraela Europy” jest złudne, że to kompletna mrzonka, a skończy się to jedynie pełną i ostateczną rusyfikacją Ukrainy. Z drugiej strony – mocne uderzenie w nadwyrężoną wytrzymałość ukraińskiego społeczeństwa, które w pewnym momencie zada sobie pytanie: a właściwie, to o co my walczymy? Oczywiście to też będzie złudne, bo jak Rosjanie dostaną już Ukrainę, to rozpętają tu terror by ostatecznie Ukrainę podporządkować. O tym się jednak nie myśli siedząc w ciemnym schronie i trzęsąc się z zimna. Dlatego trzeba zadać sobie bardzo poważne pytanie: czy tę zimę jeszcze Ukraina przetrwa? Rosyjski atak na Kijów Fot. Kiev Independent Moi drodzy, jeśli Wam się podoba, i jeśli mam swój czas poświęcać, jeśli chcecie coś poczytać, to poproszę o kawkę, to tylko 10 czy 20 zł. Pozdrawiam wszystkim i dziękuję mocno tym, co kawki kupują. buycoffee.to/dafiszer
8
39
1
233
9,702
Działko przeciwlotnicze ZU-23-2 - cz. 1, na drodze do jego opracowania. Dynamiczny rozwój lotnictwa w latach 50. XX wieku, w tym pojawienie się coraz powszechniejszych odrzutowych samolotów myśliwsko-bombowych wymagał broni o znacznie większej szybkostrzelności i prędkości naprowadzania niż dotychczas stosowane wielkokalibrowe karabiny maszynowe czy cięższe armaty starszego typu. Armia Radziecka pilnie potrzebowała skutecznego systemu do bezpośredniej osłony poruszających się kolumn zmechanizowanych, piechoty oraz obiektów o ważnym znaczeniu, takich jak stanowiska dowodzenia, przeprawy, itp. Kluczowa była niska masa konstrukcji (poniżej 1 tony), umożliwiająca szybki transport (holowanie) za pomocą lekkich ciężarówek lub samochodów terenowych, a także błyskawiczne przejście w położenie bojowe (w kilkanaście sekund). Zgodnie z zapotrzebowaniem w lutym 1955 r. Centralne Biuro Konstrukcyjne nr 14 (CKB-14) w Tule, znane obecnie jako KBP im. akademika A. G. Szipunowa (od 1966 r. KBP - Biuro Konstrukcyjne Projektowania Przyrządów), podjęło prace nad odpowiednią konstrukcją działa, tak samego systemu artyleryjskiego, jak i całego zestawu na odpowiedniej podstawie. Jednak droga do zaprojektowania odpowiedniego działka wybranego kalibru 23 mm była długa. W samym Związku Radzieckim decyzja o przejściu na kaliber 23 mm zapadła pod koniec lat 30., ponieważ dotychczasowe działka 20 mm (SzWAK) miały zbyt małą siłę niszczącą przeciwko celom naziemnym i bombowcom. Wojsko zamówiło projekt nowego naboju (23 × 152 mm B), do którego rozpisano konkurs na działo lotnicze. Do konkursu wystartował zespół Jakowa Taubina i Michaiła Baburina, który skonstruował działko MP-6 (PTB-23). Działko to w czasie prób fabrycznych na Ił-2 wykazywało problemy z zacięciami taśmy amunicyjnej, przez co ostatecznie przegrało rywalizację z konstrukcją Wołkowa-Jarcewa (WJa-23). W maju 1941 r., na miesiąc przed agresją Niemiec na ZSRR, Taubin i Baburin zostali aresztowani przez NKWD. Postawiono im absurdalne zarzuty „świadomego sabotażu, spiskowania i niedopracowania systemów uzbrojenia wprowadzanych do armii”. Jakow Taubin został rozstrzelany 28 października 1941 r. w Obwodzie Kujbyszewskim, a Michaił Baburin zmarł w łagrze w 1944 r. Drugim był zespół Aleksander A. Wołkow oraz Sergiej A. Jarcew, który zaprojektował działko TKB-201 (późniejsze WJa-23). Początkowo prototyp przegrał rywalizację z Taubinem, ale po problemach z MP-6, w kwietniu i maju 1941 r. przeprowadzono ponowne próby porównawcze na samolocie Ił-2. WJa-23 okazało się bardziej udane i 16 maja 1941 r. (na miesiąc przed atakiem Niemiec na ZSRR) zostało oficjalnie przyjęte do uzbrojenia. Działka WJa 23 produkowano od końca 1941 r. do połowy 1947 r. i powstało go 64 655 sztuk, powstawały tak dla Ił-2, jak i Ił-10. Jak się łatwo domyśleć, okazały się udaną i skuteczną konstrukcją. W 1943 r. w biurze konstrukcyjnym OKB-16 rozpoczęto prace pod kierownictwem Aleksandra Nudelmana i Aleksandra Suranowa nad nowym działkiem NS-23 przeznaczonym dla myśliwców. OKB-16 pierwotnie mieściło się w Moskwie (później przeniesiono je do dzielnicy Konkowo). Po aresztowaniu i tragicznej śmierci Jakowa Taubina w 1941 r., biuro przeszło pod kierownictwo Konstantina K. Głuchariowa, a w maju 1943 r. szefem mianowano Aleksandra Nudelmana. Obecnie instytucja ta nosi nazwę KB Toczmasz im. A.E. Nudelmana i historycznie rywalizowała z biurem projektowym KBP z Tuły (dawne TsKB-14). U podstaw nowego projektu leżała taktyczna zmiana założeń: myśliwce miały ostrzeliwać cele powietrzne z mniejszych odległości, wynoszących zazwyczaj 100–300 metrów, podczas gdy samoloty szturmowe atakowały cele naziemne z dystansu 800–1200 metrów. Konstruktorzy z OKB-16 doszli do wniosku, że kluczem do sukcesu nie jest modyfikacja istniejącej broni, lecz zaprojektowanie zupełnie nowej amunicji. Odrzucili ciężki nabój 23 × 152 mm B ze starych działek WJa-23 i opracowali tzw. nabój „krótki” – 23 × 115 mm. Posiadał on mniejszą ilość ładunku miotającego i lżejszą łuskę, zachowując jednak ten sam, skuteczny pocisk kalibru 23 mm o masie 200 gramów. Działko NS-23 działało na zasadzie krótkiego odrzutu lufy. Charakteryzowało się szybkostrzelnością teoretyczną na poziomie 550–600 strzałów na minutę (co uznawano za wartość dość niską), prędkością początkową pocisku wynoszącą 690 m/s oraz zasilaniem z taśmy. Seryjna produkcja NS-23 trwała w latach 1944–1953 r. i zamknęła się w liczbie 28 479 wyprodukowanych egzemplarzy. Broń ta stanowiła element uzbrojenia samolotów szkolno-bojowych SBLim-2, z których miałem okazję osobiście strzelać. W grudniu 1946 r., pod kierunkiem Aleksandra Nudelmana i Aksela Richtera, rozpoczęto prace nad ulepszoną wersją broni, która doprowadziła do powstania nowszego działka NR-23. Konstruktorzy postanowili nie projektować systemu od zera, lecz dokonać głębokiej modernizacji automatyki NS-23. Zastosowali unikalny przyspieszacz mechanizmu odrzutu i powrotu, wyposażony w specjalny zderzak hydrauliczny amortyzujący uderzenia części ruchomych. Zmiany te pozwoliły podnieść szybkostrzelność teoretyczną z dotychczasowych 550–600 strzałów do 800–950 strzałów na minutę, przy jednoczesnym zachowaniu niskiej masy samej broni. Kolejną ważną innowacją było wprowadzenie dwustronnego, ciągłego zasilania tamowego. Oznaczało to, że to samo działko mogło bez żadnych modyfikacji przyjmować taśmę amunicyjną zarówno z lewej, jak i z prawej strony, co drastycznie ułatwiało jego montaż w kadłubach lub skrzydłach samolotów. Pierwsze dwa egzemplarze testowe zamontowano eksperymentalnie na myśliwcu Ła-15. Samolot ten wraz z nowym uzbrojeniem został formalnie przyjęty do służby i skierowany do produkcji seryjnej w 1948 r., a samo działko oficjalnie zatwierdzono dekretem państwowym 22 marca 1950 r. pod oznaczeniem NR-23. Broń była wytwarzana masowo w dwóch radzieckich zakładach, nr 2 w Kowrowie oraz nr 525 w Kujbyszewie. Łącznie w latach 1948–1956 wyprodukowano w Związku Radzieckim 70 383 egzemplarze tego działka. Z tego strzelałem dość sporo na Limach-5 i -6M. Kolejne działko AM-23 (indeks GRAU 9-A-036) to oddzielna linia rozwojowa. O ile poprzednie działka projektowano z myślą o strzelaniu do przodu, o tyle AM-23 stworzono specjalnie jako broń defensywną dla wieżyczek strzeleckich bombowców. Skrót AM pochodzi od nazwisk konstruktorów: Nikołaja Afanasjewa (głównego twórcy mechanizmu) oraz Nikołaja Makarowa (twórcy m.in. słynnego pistoletu PM), którzy opracowali broń w biurze projektowym CKB-14 w Tule, czyli konkurencyjnym dla A. Nudelmana w OKB-16. Ponieważ liczyła się szybkostrzelność, bo czas na trafienie atakującego myśliwca jest krótki, Afanasjew i Makarow porzucili zasadę krótkiego odrzutu lufy (używaną w NS-23 i NR-23). Automatyka AM-23 bazowała na odprowadzaniu gazów przez boczny otwór w lufie. Zastosowano gazowy tłok oraz zderzak amortyzujący oraz dźwigniowy przyspieszacz dosyłacza nabojów. Uzyskano wielką szybkostrzelność teoretyczną rzędu 1250–1350 strzałów na minutę z jednej lufy. Zastosowano lufę o długości zaledwie 1000 mm (w NR-23 miała 1450 mm), aby ułatwić szybkie obracanie wieżyczkami strzeleckimi przy dużych prędkościach przelotowych bombowych samolotów odrzutowych. Działko było cięższe, ważyło 43 kg, ale używało tej samej amunicji 23 × 115 mm, choć z ulepszonymi pociskami. W maju 1954 r. broń oficjalnie przyjęto do uzbrojenia. Seryjna produkcja działka AM-23 była prowadzona w latach 1954–1972 w Tulskiej Fabryce Maszyn (TMZ) im. Riabikowa. Chociaż dokładna, całościowa liczba wyprodukowanych sztuk w ZSRR pozostaje w części dokumentów utajniona, szacuje się ją na kilkanaście tysięcy egzemplarzy. Konstrukcja automatyki AM-23 była tak udana, że na przełomie lat 40. i 50. Afanasjew i Makarow stworzyli jej bliźniaczą, wzmocnioną wersję TKB-495 (AM-23) pod potężniejszy nabój 23×152 mm B, nazywając tę wersję TKB-494. Odrzucono ją z zastosowań lotniczych ze względu na zbyt duży odrzut, ale po wydłużeniu lufy i osadzeniu działa znanego później jako 2A14 na łożu holowanym, zaczęto myśleć z nim o dziale przeciwlotniczym. W końcu 1954 r., po licznych uzgodnieniach, Główny Artyleryjski Zarząd (GAU) Ministerstwa Obrony ZSRR wydał ogólne, wstępne założenia dotyczące konieczności stworzenia nowej małokalibrowej broni przeciwlotniczej kalibru 23 mm pod większy nabój z przedwojennego działka WJa-23 (23×152 mm B). To właśnie wtedy Nikołaj Afanasjew i współpracujący z nim konstruktorzy podjęli decyzję, by nie budować nowej automatyki od zera, lecz przeskalować i wzmocnić sprawdzony mechanizm z lotniczego projektu TKB-494. Decyzja z 1954 r. o powrocie i postawieniu na kaliber 23 mm przy projektowaniu nowej broni przeciwlotniczej (która zaowocowała powstaniem słynnej armaty ZU-23-2) wynikała z precyzyjnej kalkulacji balistycznej i operacyjnej. W tamtym okresie w ZSRR szukano idealnego złotego środka pomiędzy dwoma typami broni przeciwlotniczej, wielkokalibrowymi karabinami maszynowymi piechoty (14,5 mm) które już nie wystarczały ze względu na zasięg ognia i czas przebywania samolotu odrzutowego w strefie ognia (za mały dla celnego porażenia), a cięższą artylerią przeciwlotniczą (37 mm i 57 mm), która miała za małą szybkostrzelność i była zbyt ciężka dla mniejszych pododdziałów piechoty. Chodziło o lekką, mobilną broń o dużej szybkostrzelności, ale o takiej wielkości strefy ognia, by samolot wroga przelatywał w niej dłuższy odcinek, zwiększając szanse na trafienie przy szybkim locie. Działko Afanasjew-Jakuszew 2A14 (TKB-507) powstało na bazie TKB-494, czyli lotniczej wersji na nabój 23x152 mm B. Miało jeszcze bardziej wydłużoną lufę do 2010 mm (87 kalibrów), co było kluczowe dla uzyskania celności na dużych dystansach. W armacie 2A14, dzięki silniejszemu ładunkowi i długiej lufie, prędkość początkowa wzrosła z 715 m/s na AM-23 do 970 m/s w 2A14. Armata 2A14 została celowo spowolniona do około 800–1000 strzałów na minutę, aby ograniczyć znaczne obciążenia mechaniczne wynikające z użycia silniejszego naboju. W lutym 1955 r. zespół konstruktorów z biura CKB-14 w Tule (pod kierownictwem Nikołaja Afanasjewa i Piotra Jakuszewa) ukończył, podpisał i przedstawiło do weryfikacji Głównemu Zarządowi Artylerii (GAU) wstępne projekty techniczne i szkice koncepcyjne nowej broni. Biuro konstrukcyjne CKB-14 w Tule zmontowało pierwszy dwulufowy egzemplarz testowy całego systemu przeciwlotniczego z działkami 2A14 oznaczony fabrycznie jako ZU-14 jeszcze w 1955 r. Właściwie powstały aż trzy konkurencyjne projekty i prototypy. Były to: ZU-14 opracowana przez Jewgenija K. Raczinskiego i Rudolfa Ja Purcena posiadała podwozie dwukołowe i, co za tym idzie, minimalną masę. ZU-14 została od podstaw zaprojektowana jako konstrukcja z pojedynczą osią i dwoma kołami wyposażonymi w opony gąbczaste (odporne na przestrzelenie), co pozwoliło zbić masę całego zestawu do zaledwie 950 kg. ZU-40 konstrukcji Jewgienija D. Wodopjanowa z instytutu NITI-40 (Instytut Naukowo-Badawczy nr 40) z Lytkarino w Obwodzie Moskiewskim, posiadała rozłączane podwozie czterokołowe. Przy przechodzeniu ZU-40 w położenie bojowe przodek z dwoma przednimi kołami był odłączany, tylne koła były podciągane z nachyleniem w bok, a podstawa osiadała na gruncie na czterech podnośnikach śrubowych. Jednostka ognia znajdowała się na przodku w skrzynkach-magazynkach, a na polu walki ZU-40 mogła przemieszczać się bez przodka, ciągnięta przez obsługę na dwóch tylnych kołach. Oczywiście także wykorzystywano dwulufowe łoże dla 2A14 (TKB-507). ZU-575 autorstwa Sergieja N. Żdanowa, Jewgenija K. Raczinskiego i Rudolfa Ja. Purcena była osadzona na podwoziu czterokołowym z zamkniętym zawieszeniem drążków skrętnych. Co ciekawe, Jewgienij Raczinskij oraz Rudolf Purcen równolegle z pracami nad skrajnie prostym, dwukołowym prototypem ZU-14 (który ostatecznie wygrał konkurs jako ZU-23-2), wsparli oni swoim doświadczeniem Sergieja Żdanowa przy budowie o wiele bardziej skomplikowanego, 4-kołowego systemu ZU-575. Była to odmiana przeznaczona do osłony poruszających się kolumn w marszu i mogła zapewniać prowadzenie ognia okrężnego (w zakresie 360 stopni) podczas jazdy, jednak w położeniu bojowym koła były podciągane do góry. ZU-40 konstrukcji Jewgienija D. Wodopjanowa posiadała rozłączane podwozie czterokołowe, a tu były nieoddzielane. Dokładnie tak samo jak w przypadku ZU-14 oraz ZU-40, projektant Sergiej N. Żdanow budował swój zestaw ZU-575 w oparciu o to samo działko TKB-507 (2A14), narzucone odgórnie przez Główny Zarząd Artylerii. Nie znalazłem zdjęć tych prototypów, więc daje rysunki ZU-23-2 znalezione w Runecie, modelarze może będą chcieli. Rysunki Aleksieja Bobkowa z Wiestnika PWO. Moi drodzy, jeśli Wam się podoba, i jeśli mam swój czas poświęcać, jeśli chcecie coś poczytać, to poproszę o kawkę, to tylko 10 czy 20 zł. Pozdrawiam wszystkim i dziękuję mocno tym, co kawki kupują. buycoffee.to/dafiszer
4
11
94
3,814
Dronoza z Rosji Wczoraj (17 października) rumuńskie systemy radarowej obserwacji przestrzeni powietrznej zlokalizowały grupę obiektów powietrznych poruszających się nad Morzem Czarnym, około 120 km na wschód od ukraińskiej Wyspy Węży. Cele leciały w kierunku południowo-zachodnim, zmierzając prosto w stronę wybrzeża Rumunii. W reakcji na to zagrożenie, o godzinie 17:43 czasu lokalnego, z 86. Bazy Lotniczej „Gheorghe Mociorniță” w Borcea alarmowo wystartowała para dyżurna rumuńskich myśliwców F-16AM Falcon z 53. Eskadry Myśliwskiej „Vânătoare”. Pierwszy bezzałogowiec przekroczył granicę rumuńskiej przestrzeni powietrznej o godzinie 17:59 i został zestrzelony zaledwie dwie minuty później, o 18:01. Drugi obiekt wleciał w przestrzeń kraju dokładnie w momencie eliminacji pierwszego (o 18:01) i po krótkim manewrowaniu został zniszczony przez drugi myśliwiec o godzinie 18:05. Całe zdarzenie wewnątrz granic Rumunii trwało zaledwie kilka minut, a drony runęły do wód terytorialnych około 20–25 kilometrów na południowy wschód od Kanału Sulina. Choć w pierwszych komunikatach obiekty określano jako „niezidentyfikowane”, resort obrony sprecyzował później, że były to odrzutowe drony uderzeniowe z rodziny Gerań. To aparaty Gerań 4 lub 5, napędzane silnikami odrzutowymi drony wykorzystywane przez Rosję także do ataków na żeglugę, bowiem dzięki kamerą i transmisji danych operator może poszukiwać statków w morzu. A właściwie udokładniać ich położenie, bowiem same statki są wykrywane i śledzone innymi metodami rozpoznania. Drony te charakteryzują się znacznie większą prędkością (rozwijają do 600 km/h) oraz większą wysokością lotu niż starsze bezzałogowce tłokowe, co czyni je trudnymi celami do przechwycenia. Do zestrzelenia doszło zaledwie dwa dni po tym, jak dwa tankowce przewożące chemikalia zostały zaatakowane przez drony w pobliżu rumuńskiego wybrzeża (w rejonie Kanału Sulina), w wyniku czego zaginęło 7 marynarzy. Według źródeł wojskowych NATO, za tamtymi atakami również stały rosyjskie bezzałogowce. Tak błyskawiczny atak wskazuje na to, że nikt nie bawił się w żadną wzrokową identyfikację celów. Myśliwce wyszły na przechwycenie na kursie czołowym i wykorzystując proceduralną identyfikację pozytywną (jako cele do zniszczenia) wykonały nocny de facto już atak do celów niewidocznych wzrokowo, posługując się radarem pokładowym. A zatem to, o czym mówił polski dowódca generalny, gen. broni Ireneusz Nowak oraz wiceminister Obrony Narodowej Cezary Tomczyk, okazało się być decyzją jaka zapadła na poziomie władz NATO, Komitetu Wojskowego NATO ale przy aprobacie politycznego kierownictwa zainteresowanych państw. Zakładamy bowiem, że dotyczy to państw tzw. „frontowych”, którym mogą bezpośrednio grozić wtargnięcia w przestrzeń powietrzną niepożądanych obiektów pochodzących z Rosji: Finlandia, Państwa Bałtyckie, Polska, Słowacja, Węgry, Rumunia i zapewne Bułgaria, Turcja, a może i Szwecja. Łamie to dotychczasową zasadę pokojową konieczności wzrokowej identyfikacji naruszyciela przed jego zestrzeleniem. Pilot nie musi więc już podlatywać do niezidentyfikowanego obiektu, bo na własne oczy przekonać się co to jest, lecz wystarczy proceduralne określenie, że parametry lotu zbliżającego się obiektu, kierunek z jakiego się pojawia, wykluczają że jest to samolot pasażerski, śmigłowiec, czy samolot lotnictwa ogólnego (rolniczy, sanitarny, dyspozycyjny, sportowy, szkolny, itp.). W takiej sytuacji można od razu strzelać. No i mamy dzisiejszy incydent z Lubelszczyzny. Echo radarowe było słabe, Wojsko analizuje. Myśliwce były w powietrzu, ale czy miały wsparcie samolotu dozoru radiolokacyjnego (AWACS)? Oficjalny komunikat DORSZ brzmiał: "Uwaga. W związku z uderzeniami Federacji Rosyjskiej na cele w zachodniej części Ukrainy, prowadzonymi z wykorzystaniem bezzałogowych statków powietrznych, operuje lotnictwo wojskowe w polskiej przestrzeni powietrznej. Zgodnie z obowiązującymi procedurami Dowództwo Operacyjne RSZ, poprzez Centrum Operacji Powietrznych – Dowództwo Komponentu Powietrznego, uruchomiło niezbędne siły i środki pozostające w jego dyspozycji. Naziemne systemy obrony powietrznej oraz rozpoznania radiolokacyjnego osiągnęły stan gotowości." Warto zwrócić uwagę: "Naziemne systemy obrony powietrznej oraz rozpoznania radiolokacyjnego osiągnęły stan gotowości." Czy "naziemne" dotyczy tylko systemów OPL, czy także "rozpoznania radiolokacyjnego"? W kolejnym komunikacie napisano: "Na obecnym etapie rozpatrywane są różne możliwe scenariusze, w tym zjawiska lub anomalie meteorologiczne, a także potencjalne działania o charakterze przemytniczym lub prowokacyjnym. Żaden z tych wariantów nie został dotychczas potwierdzony. Jednocześnie zwracamy uwagę na pojawiające się w przestrzeni doniesienia dotyczące zdarzenia. Na obecnym etapie brak jest podstaw do potwierdzenia ich autentyczności oraz związku z prowadzonymi działaniami. Nie można wykluczyć, że część publikowanych treści stanowi próbę manipulacji informacyjnej lub element celowych działań dezinformacyjnych, ukierunkowanych na wywoływanie niepokoju społecznego." Czyli nie ma wciąż potwierdzenia wlotu drona, choć to, JAK PISAŁEM POPRZEDNIO, jest BARDZO możliwe, choć NIE JEST TO JEDYNA MOŻLIWOŚĆ, jak również pisałem poprzednio. O ile lecący od strony Rosji szybki dron odrzutowy można bez większych problemów zestrzelić w radarowym ataku czołowym bez wzrokowej identyfikacji celu, to taki obiekt poruszający się wolno i nisko, nie pozwala na JEDNOZNACZNE wysnucie wniosku, że jest to dron, a nie motolotnia czy ultralekki samolocik sportowy z ludźmi na pokładzie. Zestrzelenie załogowego sportowego samolotu lekkiego który bez zgłoszenia wykonuje loty w nie tylko w przestrzeni powietrznej typu "G", ale także w strefie TMA Lublin (Terminal Control Area – rejon kontrolowany lotniska), bez odpowiedniej zgody służb ruchu lotniczego, byłoby dopiero wpadką! Trudno jednak naprowadzić myśliwiec do wzrokowej identyfikacji na obiekt, który nie daje jednoznacznego echa radarowego. Jeśli oczywiście to był dron, bo wciąż oficjalnie NIE WIEMY CO TO BYŁO. Rosyjskie drony atakujące zachodnią Ukrainę niemal rutynowo, prowokacyjnie przelatują wzdłuż polskiej granicy by atakować obiekty w Ukrainie od strony Polski, czyli z mniej spodziewanego kierunku. Czasem też "zawadzą" o tereny polskiej przestrzeni powietrznej i lecą dalej w kierunku Ukrainy. Doniesienia o dźwiękach są spod Włodawy. Czy to ten sam obiekt co w rejonie samego Lublina? A skąd nam to wiedzieć? Wcale niekoniecznie musi to być ten sam, zwłaszcza że nie słychać coś o meldunkach, zgłoszeniach z 60 km pasa między Włodawą a Łęczną. Na zdjęciu - rumuński F-16AM Fot. Romanian AF. Moi drodzy, jeśli Wam się podoba, i jeśli mam swój czas poświęcać, jeśli chcecie coś poczytać, to poproszę o kawkę, to tylko 10 czy 20 zł. Pozdrawiam wszystkim i dziękuję mocno tym, co kawki kupują. buycoffee.to/dafiszer
2
15
1
151
5,711
Ha, ha, podoba mi się Uwielbiam teksty: "kto ci za to płaci!" Ale za co? Wojskowe Biuro Emerytalne płaci mi emeryturę (szału nie ma, ciut więcej niż połowa pełnej bo służyłem ledwie 20 lat, więc nie wypracowałem więcej, i to po ćwierć wieku waloryzacji typu "co kot napłakał"), uczelnia mi płaci za wykłady, redakcje mi płacą za artykuły, a Wy - jak macie ochotę - płacicie mi kawkami, za co notabene jestem Wam bardzo wdzięczny. Czasem złapię jakąś dodatkową doraźną robotę, tłumaczenie na przykład. I to by było na tyle. Raczej zapytajcie kto płaci tym, co wychwalają Rosję pod niebiosa. I zapytajcie przy okazji, jak oni te rubelki wymieniają? A może w krypto dostają, bo u nas jak wiadomo, na tym polu hulaj dusza, piekła nie ma. Jak bardzo podatny jest naród na manipulacje to pokazuje, że 1/3 (jak nie lepiej) wierzy w teorię zamachu w Smoleńsku, 10 % wierzy w żydowski rząd światowy z tajnym bunkrem pod wsią Sworne Gacie (i nowym budowanym pod płaszczykiem Portu Komunikacyjnego Polska czyli dawnego CPK), nie wiem ile wierzy że szczepionki bardziej szkodzą niż pomagają, inni wierzą że ziemia jest płaska i że istnieją chemtrailsy (chyba poprawnie to piszę, rzadko tego używam więc nie mam wprawy), że pewne służby powstałe w III RP: UOP, WSI, CBA, ABW, AW, itp. były komunistyczne, a zapominają o tych naprawdę perelowskich: MBP, UBP, SB MO, KW WSW, WO II Zarządu SG WP, itp. Jako wykładowca podlegam lustracji, moje oświadczenie lustracyjne jest jasne - nie współpracowałem z służbami PRL, nikt tego nigdy nie zakwestionował, podstaw nie było. Jedyną partią polityczną do jakiej w życiu należałem to... UPR (przepraszam! Nie wiedziałem w co to się rozwinie...). A co do mojego apelu, by wierzyć w źródła oficjalne to PONAWIAM. W SPRAWACH INCYDENTÓW związanych z BEZPIECZEŃSTWEM PAŃSTWA, słuchajcie: - PREZYDENTA i JEGO KANCELARII - PREMIERA i JEGO KANCELARII - MON i BBN - Wojska oraz Sztabu Generalnego, Dowództwa Generalnego RSZ i Dowództwa Operacyjnego RSZ; - Policji, Straży Granicznej, Straży Pożarnej. - SKW, SW, ABW, AW Tak z grubsza. Ten kierunek. Nieważna opcja polityczna, ważne jest to, że te instytucje BIORĄ ODPOWIEDZIALNOŚĆ. Słuchajcie i wierzcie nauce, naukowcom z renomowanych uczelni, czasopismom naukowym. Spodziewam się szalonego napadu trollowni, bo to burzy nieco dezinformację. Używajcie sobie, ale nie rozśmieszajcie mnie zanadto proszę, bo dziś chce jaszcze napisać o używanych w Polsce działkach przeciwlotniczych ZU-23-2 i pochodnych do Pilicy włącznie. Pozdrawiam! PS. w poprzednim wpisie (nie mogę edytować) chodzi o motoparalotnię nie bezsilnikową paralotnię.
41
122
1,124
25,027
I jeszcze co do nagrania spod Włodawy Dzisiaj, 18 października 2026 roku, nie ma żadnych doniesień ani OFICJALNYCH komunikatów o wykryciu lub upadku drona w okolicach Włodawy. Służby graniczne, policja oraz Wojsko Polskie nie zarejestrowały minionej nocy żadnych incydentów w tym rejonie. Autentyczność samego nagrania oraz konta, które je udostępniło, budzi poważne wątpliwości i na ten moment nie można uznać tego materiału za wiarygodny dowód. Profil „Jasza Mazur” to fikcyjna tożsamość: Nazwisko autora wpisu, Jasza Mazur, to bezpośrednie zapożyczenie z literatury. Jest to imię i nazwisko głównego bohatera słynnej powieści Isaaca Bashevisa Singera pt. „Sztukmistrz z Lublina”. Wykorzystanie postaci literackiej nierozerwalnie związanej z Lubelszczyzną jako rzekomego świadka nocnego incydentu pod Lublinem to klasyczny podpis internetowego trolla lub żartownisia. Dowództwo Operacyjne Rodzajów Sił Zbrojnych oraz Komenda Wojewódzka Policji w Lublinie w oficjalnych raportach z dzisiejszego poranka kategorycznie powtarzają, że zgłoszenia napłynęły wyłącznie z dwóch miejsc: z rejonu Zalewu Zemborzyckiego oraz powiatu łęczyńskiego. Państwowe i wojskowe systemy radiolokacyjne nie potwierdziły śladu w okolicach Włodawy o godzinie 1:24, o którym wspomina autor wpisu. W dobie łatwego montażu wideo, nałożenie charakterystycznego odgłosu silnika drona Shahed (często pobieranego z filmów nagranych w Ukrainie) na losowe, nocne nagranie z domowej kamery we Włodawie jest banalnie proste. WSZYSTKO WSKAZUJE na to, że nagranie „Sztukmistrza z Lublina” (Jaszy Mazura) z Włodawy to mistyfikacja. Jedynymi potwierdzonymi punktami dzisiejszych wydarzeń pozostają hałasy nad Lublinem i Łęczną, gdzie Wojsko Polskie wciąż prowadzi oficjalną weryfikację. Co będzie dalej - zobaczymy. WIERZCIE OFICJALNYM KOMUNIKATOM, a nie magikom z Podlasia... Którzy nie wiedzą, jak się pisze Shahed (po persku شاهد). I żeby nie było: DRON TO JEDNA Z GŁÓWNYCH MOŻLIWOŚCI, wciąż niepotwierdzona, ale daleki jestem by to wykluczać. Moi drodzy, jeśli Wam się podoba, i jeśli mam swój czas poświęcać, jeśli chcecie coś poczytać, to poproszę o kawkę, to tylko 10 czy 20 zł. Pozdrawiam wszystkim i dziękuję mocno tym, co kawki kupują. buycoffee.to/dafiszer
16
10
2
89
9,728
Polacy osądzili Około godziny 2:00 w nocy mieszkańcy Lublina (w szczególności okolic Zalewu Zemborzyckiego) oraz Powiatu Łęczyńskiego usłyszeli odgłosy głośnego obiektu przelatującego nisko na niebie. Lokalna ludność opisywała dźwięk jako przypominający przelot obiektu z silnikiem pracującym jak motorower. Świadkowie nie zgłaszali wybuchów, huku uderzenia ani ognia, ale służby prowadzą poszukiwania. W teren skierowano Naziemny Zespół Poszukiwawczo-Ratowniczy (NZPR) z Wojsk Obrony Terytorialnej. W akcji przeczesywania lasów i pól uczestniczą także funkcjonariusze Policji oraz Żandarmeria Wojskowa. Niczego nie znaleziono jak na razie i zapewne rosyjski dron (bo wszystko na to wskazuje) wrócił na teren Ukrainy by zaatakować ukraińskie obiekty od strony Polski. Dokładna weryfikacja i analiza zapisów systemów radiolokacyjnych dopiero trwa, ale ślad był bardzo słaby co wskazuje, że dron musiał lecieć na bardzo małej wysokości. Miejsce, gdzie był słyszany leży ok. 80 km od granicy, a zatem mógł być na terenie Polski nawet ponad 40 minut. Jednakże jego echo radiolokacyjne było bardzo słabe i urywane, możliwe więc że był to mały „wabik” Gerbera lecąca nisko, jeśli oczywiście w ogóle to był dron, a nie jakiś szalony pilot na motolotni, co się też czasem zdarza. Niestety mamy dość nierozważnych obywateli mówiąc delikatnie którzy potrafią wyciąć numer z nocnymi nieautoryzowanymi lotami motolotnią, paralotnią czy ultralekkim samolotem, napędzanym tym samym silnikiem Rotax czy Limbach jak rosyjski dron, trudno więc by miał inny dźwięk. Okazuje się, że tajemniczy obiekt widziano lub słyszano tylko w tych dwóch rejonach. Fakt, że obiekt słyszano wyłącznie w rejonie Powiatu Łęczyńskiego i Zalewu Zemborzyckiego (który jest popularnym punktem orientacyjnym dla lokalnych pilotów), mocno wspiera tę wersję. Gdyby dron leciał z granicy, prawdopodobnie zostałby usłyszany przez mieszkańców Hrubieszowa, Chełma czy Tomaszowa Lubelskiego. Gdzie dokładnie w Powiecie Łęczyńskim to informacje nie podają. Łęczna leży nieco ponad 20 km na wschód od Lublina, a Zalew Zemborzycki kilka kilometrów na południe od miasta. Od Łęcznej do granicy między Włodawą a Dorohuskiem (na wschód od Chełma) jest ponad 50 km, trudno więc żeby tam nikt nie słyszał owego bzyczącego obiektu. Strefa Nadbużańska to teren pod stałym nadzorem. Odcinek od Włodawy, przez Dorohusk, aż po Chełm i Hrubieszów to obszar, gdzie Straż Graniczna dysponuje nowoczesnymi wieżami obserwacyjnymi, termowizją oraz systemami perymetrycznymi. Ponadto mieszkańcy wiosek przygranicznych są skrajnie wyczuleni na wszelkie nocne odgłosy od czasu wybuchu wojny w Ukrainie. A co do sieci wojskowych posterunków radiolokacyjnych to obiekty o bardzo małym echu radarowym, gdyby leciały nisko, to wykrywane są ze sporymi trudnościami i tak jest na całym świecie, praw fizyki pan nie zmienisz. Jak jest zima to musi być zimno, pani kierowniczko. Dlatego właśnie w ramach programu Barbara pozyskujemy balony dozoru radiolokacyjnego, pozwalające na zdecydowaną poprawę pola radiolokacyjnego na małej wysokości, bez wiecznego zarzynania samolotów SAAB 340 AEW posiadanych dla prowadzenia powietrznego dozoru radarowego. Oczywiście to absolutnie nie wyklucza drona. Mają one te same silniki, jakie stosuje się w tzw. "szmacianym lotnictwie wolnomotornym", jak je w wojsku nazywano, a zatem słyszany dźwięk był identyczny. Obiektu na oczy nikt nie widział, więc trzeba polegać na tym co słyszeli. Ja wiem, że w komisjach badających wypadki lotnicze funkcjonuje znane powiedzenie "łże jak naoczny świadek", co oznacza, że ludzie opowiadają nie o faktach, ale o swoich interpretacjach, nieświadomie wprowadzając w błąd. Znam przypadek jak pod wieczór wykatapultował się ze sprawnego Su-22 pilot, który stracił nad nim panowanie w czasie akrobacji. Sprawny samolot z włączonym dopalaniem, a więc ciągnąć za ogonem kitę ognia wpadł pod chmury i upadek widziało mnóstwo ludzi. Relacje były niemal jednobrzmiące: "samolot spadał w płomieniach" lub "spadał, palił się". W wypadku Mi-8 Leszka Millera, furkot wirnika przy autorotacji z wyłączonymi silnikami (oblodzenie wlotów) świadkowie wzięli za dźwięk... silnika! I tak dalej. Co do motolotni, to kiedyś na ćwiczeniach "Cooperative Chance" w bazie Keckemet mieliśmy imprezę na nieodległym lotnisku aeroklubowym. Najpierw loty na szybowcu L-13 Blanik, na motolotni, samolotem Jak-18T, itp. A potem impreza przy ognisku, ciemno choć oko wykol, tylko iskry z ogniska lecą wysoko. Węgierski pilot MiG-29, właściciel motolotni, macha do mnie głową: co, polecim? A pewnie! Zajęliśmy miejsca na siedzeniach obok siebie, uruchomił pierdzący silnik pochodzący pewnie z motocykla i wzbiliśmy się w powietrze. Na ziemi światła, ale ja w pewnym momencie pytam: "ty, a gdzie lotnisko"? Uśmiech mu zniknął z twarzy, rozgląda się nerwowo. W końcu widzimy migające światełko wielkiego ogniska niedaleko nas. Lądowanie przy samym ognisku (bo najwidniej), niemal taranując uczestników, było wyjątkowo hardcorowe. Jedna z najgłupszych rzeczy w życiu jaką zrobiłem, ale cóż... Opatrzność nade mną czuwała i mam nadzieję, że nadal czuwa, choć z tego co wiem mój anioł stróż leczy się psychiatrycznie i przechodzi terapię anty-alkoholową, czemu się wcale nie dziwie. Tak czy siak, od razu oskarżanie wojska o to że dron, że pocisk, że sam Putin przyleciał, pozdrowił w Lublinie kogo trzeba machając ręką i spokojnie odleciał, są NA RAZIE nieuprawnione. Zobaczymy, co w końcu ustalą (lub nie ustalą, bo to będzie niemożliwe) nasze służby. Może dron, a może nie, nie wiadomo póki co. Zdjęcie ULM (samolotu ultra lekkiego) dla ilustracji wyłącznie. Fot. Michał Fiszer Moi drodzy, jeśli Wam się podoba, i jeśli mam swój czas poświęcać, jeśli chcecie coś poczytać, to poproszę o kawkę, to tylko 10 czy 20 zł. Pozdrawiam wszystkim i dziękuję mocno tym, co kawki kupują. buycoffee.to/dafiszer
33
25
2
227
36,903
Przewaga NATO na dwóch polach Gen. Alexus Grykewich, naczelny dowódca wojsk NATO w Europie czy SACEUR (Supreme Allied Commander in Europe), stojący na czele wielonarodowego dowództwa NATO Command - Operations, znanego pod tradycyjną nazwą SHAPE (Suppreme Headquarters Allied Powers in Europe), co złośliwi przekręcają na Super Holliday At Public Expense, wskazał że powietrznej przewagi w konflikcie z Rosją, NATO nie będzie miało "na wejściu". Będzie musiało ją sobie wywalczyć. Jak? Odpowiedzią mają być systemy autonomiczne, precyzyjne ataki na systemy OP/OPL przeciwnika oraz dzięki wykorzystaniu zdolności do prowadzenia operacji wielodomenowych. Systemy autonomiczne… A mamy takie? No mamy mieć. Może już niedługo. Pierwsze już się pojawiają, duńsko-ukraińskie przedsiębiorstwo Vidar Industries podjęła produkcję dronów w pełni autonomicznych, quadricopterów pola walki Saker Scout, amunicji krążącej Saker Herman (zasięg do 20 km) i Saker Hunter (zasięg do 100 km). Mają być produkowane w tempie 12 000 rocznie. A ile dronów używają Ukraińcy miesięcznie? Obecnie to od 400 000 do ponad 500 000 dronów, miesięcznie. No to super. Czyli 41-letnia produkcja starczy nam na cały miesiąc działań, może nawet na pięć tygodni… Nie oszukujmy się, hasło systemy autonomiczne fajnie brzmi, ale początkowo nie będzie ich dużo ze względu na ich koszty. Oczywiście ich rola na polu walki zacznie rosnąć, ale jest jeden problem: drony przechwytujące na tej samej zasadzie też stają się autonomiczne, a zatem będzie to pojedynek sztucznych inteligencji w powietrzu. Niemniej jednak jest to ten kierunek, na polu którego możemy uzyskać bardzo wyraźną przewagę nad Rosją. Dlatego stanowczo należy rozwijać zdolności w tym kierunku i to musi zaowocować technologiczną przewagą nad Rosją. Zdolność do precyzyjnych uderzeń jako NATO faktycznie mamy, ale znów pojawia się kwestia nie jakości, ale ilości. Europa też stopniowo pozyskuje zdolności do głębokiego rażenia. Mając systemy M142 HIMARS odzyskaliśmy jeszcze lepsze zdolności do wykonania celnych i skutecznych uderzeń za pomocą pocisków GMLRS i to lepsze (jakościowo i ilościowo) od posiadanych krótko w okresie eksploatacji w Polsce systemów rakietowych 9K79 Toczka. Dodatkowo ważne są zakupy koreańskich systemów K-239 Chunmoo, u nas posadowionych na Jelczach jako Homar-K. Polska kupiła licencję na produkcję kierowanych pocisków rakietowych CGR-080 kalibru 239 mm, które posiadają zasięg około 80 km. Polska kupiła też zapas bezpośrednio w Korei Południowej (w ramach kontraktów wykonawczych) rakiet CTM-290 (kaliber 600 mm) o zasięgu 290 km. Strona polska dąży do tego, aby w przyszłości produkcja tych rakiet również została zlokalizowana w kraju, a budowana infrastruktura fabryczna jest do tego przystosowywana. Kontrowersje może budzić ilość zakontraktowanych wyrzutni w umowach ramowych, ale mam nadzieję że w umowach wykonawczych zostanie to dostosowane do realnego poziomu - takiego, przy którym będziemy w stanie zapewnić zapasy niezbędnej amunicji w toku działań bojowych. Dobrym posunięciem było też wyposażenie polskich F-16 w pociski AGM-158 JASM i JASM-ER, zakupionych w dość przyzwoitej ilości, zaś perspektywa wyposażenia FA-50 w koreańskie pociski skrzydlate typu Cheonryong, których licencję również należy pozyskać, pokazuje właściwe kierunki. Ale mamy jeszcze siły wielodomenowe, czyli zdolność jednoczesnego, w pełni skoordynowanego prowadzenia walki we wszystkich pięciu obszarach (domenach) operacyjnych (ląd, powietrze, morze, kosmos, cyberprzestrzeń), a nie w każdej osobno. I tu na szczęście dla nas musimy przyznać, że mamy większe zdolności do operacji wielodomenowych niż Rosjanie. Rosyjska armia nie działa w pełni w zachodnim standardzie Multi-Domain Operations, ale niestety nie jest bezradna. Wręcz przeciwnie, rosyjski proces adaptacji w latach 2022–2026 jest olbrzymi. Największy postęp w koordynacji międzydomenowej odnotowano w pętli rozpoznawczo-uderzeniowej, Rosjanie dziś potrafią błyskawicznie zaatakować wykryte cele, czy to za pomocą lądowych czy powietrznych środków rażenia. W dodatku armia typowego państwa NATO wciąż jeszcze boryka się z problemem „wysp technologicznych”. Nowoczesne systemy komunikują się we własnych standardach (Link 16, IBCS), podczas gdy starsze systemy wymagają tworzenia specjalnych „mostów” cyfrowych. Nie ma jeszcze jednej, ogólnowojskowej chmury danych bojowych. To wszystko jest dopiero tworzone, a przecież nie tylko wystarczy pozyskać możliwości techniczne, jeszcze trzeba przeszkolić ludzi. I to nie jest zwykłe szkolenie, trzeba całkowicie przestawić ich mentalność na odmienną filozofię operowania, z naruszeniem tradycyjnych hierarchii wojskowej. Ludzie muszą się nauczyć współdziałać ze sobą „poziomo”, wykonując polecenia swoich kolegów z pola walki. W dodatku musi się nauczyć funkcjonować tak, by nie wprowadzić kompletnego chaosu. Bo wezwanie będącego w pobliżu myśliwca do wsparcia przez dowódcę kompanii fajnie brzmi w teorii, ale w praktyce to każdy będzie coś chciał od kogoś, i w końcu nie będzie wiadomo, w co ręce włożyć. Właśnie dlatego pewne obszary są scentralizowane, by ktoś nad tym panował. A zatem, mówimy o zdolnościach, jakie pojawią się w pełni w kolejnym pokoleniu oficerów i dowódców. Należy bowiem rozwiązać problem możliwego chaosu, jaki może powstać w wyniku czegoś, co w wojsku jest nazywane "każdy ch.. na swój strój". General der Panzertruppe Hermann Balck, uznawany jest za jednego z najzdolniejszych dowódców broni pancernej w historii (dowodził 4, Armią Pancerną m.in.) zostawiał dużo swobody swoim podwładnym, pozwalając im podejmować decyzje na niskich szczeblach wydając sobie nawzajem prośbo-polecenia. Jego książka wspomnieniowa jest zatytułowana "Ordnung im Chaos" (porządek w chaosie), warto ją przeczytać i zobaczyć z jakimi problemami on się zderzył i jak je rozwiązywał. W jakimś sensie było to takie działanie, jakie chcemy usankcjonować w ramach wielodomenowego pola walki. Na zdjęciu Polski dron GPV z ITWL, polski dron obserwacyjny Underant Sayaar, M142 HIMARS i Homar-K Wszystkie fot. Michał Fiszer Moi drodzy, jeśli Wam się podoba, i jeśli mam swój czas poświęcać, jeśli chcecie coś poczytać, to poproszę o kawkę, to tylko 10 czy 20 zł. Pozdrawiam wszystkim i dziękuję mocno tym, co kawki kupują. buycoffee.to/dafiszer
7
16
1
132
15,065
Święto 3. Warszawskiej Brygady Rakietowej Obrony Powietrznej z Sochaczewa cz. 2 W 1967 r. nastąpiła ważna zmiana. W ramach przywracania jednostkom wojskowym ich historycznych nazw, dotychczasową 9. Dywizję Artylerii OPK, przemianowano na 3. Łużycką Dywizję Artylerii OPK, nawiązując do tradycji która za pośrednictwem 86. Pułku Artylerii Przeciwlotniczej w sposób ciągły była przenoszona na kolejne formacje (oddziały, związki taktyczne). W tym czasie dywizja miała dwa dywizjony techniczne, cztery dywizjony na SA-75M Dźwina (jeden dywizjon na starszych SA-75, tzw. odmiana pięciokabinowa) i cztery dywizjony na najnowszych S-75M Wołchow. Przeciwlotnicze zestawy rakietowe tworzyły szeroki pierścień wokół Warszawy, a strefy ognia poszczególnych dywizjonów nakładały się na siebie, tworząc ciągłą strefę. W latach 1969-1976 pozostałe cztery dywizjony również wyposażono w S-75M Wołchow, które już bez wymiany całego sprzętu były modernizowane do postaci S-75M2 pod koniec lat 70. i do postaci S-75M3 od połowy lat 80. W tej ostatniej wersji radary były już wyposażone, m.in., w czarno-białe kamery telewizyjne 9Sz33A Karat-2, system mógł też odpalać najnowsze pociski W-759 (5Ja23), w którym maksymalny zasięg zwalczania obiektów wzrósł do 56 km, stosowanego od odmiany S-75M2, i oczywiście w S-75M3. Wcześniej stosowano rakiety W-755 (20D) o zasięgu 43 km. Z SA-75 i SA-75M stosowano pociski W-750 (1D) o zasięgu 30 km (pułap 21 000 m), W-750W (11D) o zasięgu 30 km (pułap 25 000 m) i W-750WN (13D) o zasięgu 35 km (pułap 27 000 m). Natomiast w S-75M Wołchow używano tylko W-755 w odmianach 20D, 20DP, 20DS i 20DSU, z różnymi udoskonaleniami (zwiększona odporność na zakłócenia, skrócenie czasu przygotowania do startu i zmodyfikowanym zapalnikiem zbliżeniowym. Ostatnie odmiany mogły zwalczać cele od 100 m w górę (wcześniej na SA-75M - 300 m). W 1970 r. zaczęło się wyposażanie dywizji w nowe przeciwlotnicze zestawy rakietowe S-125M Newa (początkowo na wyrzutniach 5P71 z dwoma belkami na rakiety). W 1970 r. rozpoczęto szkolenie kadr oraz przekazanie pierwszych zestawów S-125 (z 2-prowadnicowymi wyrzutniami 5P71). Ponieważ budowa stałych obiektów w terenie jeszcze trwała, pierwsze tymczasowe stanowiska dywizjonów znajdowały się w Warszawie. W 1973 r. przeniesiono je na gotowe pozycje: 60. dogn - Olszewnica, 61. dogn - Małocice, 62. dogn - Borzęcin i 63. dogn - Rusiec. W tych dywizjonach baterie techniczne włączono w skład dywizjonów. W latach 1985–1986 do Polski dostarczono nowo zakupione, zmodernizowane zestawy S-125M1 Newa-M1 z 4-prowadnicowymi wyrzutniami 5P73 oraz kamerą telewizyjną Karat-2 do śledzenia celów w warunkach zakłóceń. Wszystkie cztery podwarszawskie dywizjony (60, 61, 62 oraz 63. dogn) zostały wówczas przezbrojone w nowe zestawy S-125M1. W takiej postaci dywizja dotrwała do 1988 r., kiedy przeformowano ją w 3. Łużycką Brygadę Artylerii OPK. W 1991 r. po połączeniu Wojsk Lotniczych i Wojsk OPK w jeden rodzaj sił zbrojnych (Wojska Lotnicze i Obrony Powietrznej – WLiOP), z dotychczasowej nazwy usunięto słowo „Artylerii”, zastępując je określeniem „Rakietowa”, a skrót OPK zmieniono na OP. W 2014 r. związek taktyczny przemianowano na 3. Warszawska Brygada Rakietowa Obrony Powietrznej. Po rozpadzie Układu Warszawskiego i połączeniu Wojsk Lotniczych z Wojskami OPK (w 1990 r.) rozpoczęto sukcesywny proces redukcji i wycofywania najstarszych zestawów rakietowych. Ostateczne wycofanie S-75M3 Wołchow M3 z uzbrojenia nastąpił w 2001 r. W latach 1992-1999 sukcesywnie zmodernizowano S-125M1 Newa do postaci S-125 Newa-SC, początkowo nadając mobilność wyrzutniom (podwozia T-55) i radarom (podwozia MAZ-543). Począwszy od 1996 r. poza zmianą podwozia wymieniono niemal całą elektronikę, zastępując bloki lampowe dwoma nowoczesnymi procesorami cyfrowymi (stąd oznaczenie SC – System Cyfrowy). Łącznie zmodernizowano 20 zestawów bateryjnych, grupując je po trzy baterie ogniowe w sześciu dywizjonach (18 baterii) i dwie baterie do szkolenia i prób. Są to właściwie te dywizjony, które obecnie wchodzą w skład brygady, przy czym jeden z nich (Sochaczew) przezbrojono na pzr Patriot (Wisła). W międzyczasie 4. Gdyńska Brygada Rakietowa OP z Gdyni została rozwiązana w grudniu 2001 r., 26. Brygada Rakietowa OP (Gryfice, później Koszalin) oraz 1. Śląska Brygada Rakietowa OP (Bytom) zostały rozwiązane w grudniu 2011 r., Od 1 stycznia 2012 roku jedynym związkiem taktycznym Wojsk Rakietowych w Polsce pozostała 3. Warszawska Brygada Rakietowa Obrony Powietrznej (z dowództwem w Sochaczewie-Bielicach), która przejęła i skupiła pod jednym dowództwem wszystkie dywizjony rakietowe w kraju. Warto wspomnieć, że w latach 2014-2023 pod brygadę podlegał też 1. Dywizjon z Mrzeżyna (dawny 78. pułk) wyposażony w S-200 Wega-SC. Najwcześniej rozwiązano 79. Pułk Rakietowy OP z Poznania, bo już w 1998 r. Obecny skład 3. Warszawskiej Brygady Rakietowej OP to • 32. Wieliszewski dywizjon rakietowy Obrony Powietrznej – Olszewnica Stara (k. Legionowa) • 33. Gdyński dywizjon rakietowy Obrony Powietrznej – Gdynia • 34. Śląski dywizjon rakietowy Obrony Powietrznej – Bytom • 35. Skwierzyński dywizjon rakietowy Obrony Powietrznej – Skwierzyna • 36. Mrzeżyński dywizjon rakietowy Obrony Powietrznej – Mrzeżyno • 37. dywizjon rakietowy Obrony Powietrznej – Sochaczew (jednostka ta eksploatuje systemy Patriot/Wisła i osiągnęła Pełną Gotowość Operacyjną) • 38. dywizjon zabezpieczenia Obrony Powietrznej – Sochaczew (jednostka wsparcia i zabezpieczenia działań). Poza dywizjonem w Sochaczewie, pozostałe pięć mają po trzy baterie ogniowe S-125 Newa-SC, które mają być zastąpione systemami "Wisła" (Patriot) i "Narew" (CAMM-ER/MR). Na zdjęciach S-125M Newa z wyrzutnią 5P71 (dwuprowadnicowa) S-125 Newa-SC z wyrzutnią 5P73 (czteroprowadnicowa) na podwoziu T-55 Wyrzutnia M903 z ciągnikiem systemu "Wisła" (Patriot PAC-3) Radar AN/MPQ-65 systemu "Wisła" (Patriot PAC-3) Wszystkie fot. Michał Fiszer Moi drodzy, jeśli Wam się podoba, i jeśli mam swój czas poświęcać, jeśli chcecie coś poczytać, to poproszę o kawkę, to tylko 10 czy 20 zł. Pozdrawiam wszystkim i dziękuję mocno tym, co kawki kupują. buycoffee.to/dafiszer
3
9
78
3,746
Mała Narew - część 1 Program Operacyjny „System Obrony Powietrznej”, który ruszył we wrześniu 2013 r., a w ramach którego miała nastąpić kompleksowa modernizacja zarówno systemu obrony powietrznej obszaru kraju jak i obrona przeciwlotnicza Wojsk Lądowych. Założeniem systemu była wielowarstwowość, czyli uzupełnienie systemów przeciwlotniczych i przeciwrakietowych dalekie zasięgu "Wisła" (dla którego wybrano amerykańskiego Patriota) liczniejszymi systemami średniego zasięgu (uruchamiając program "Narew") oraz jeszcze liczniejszymi systemami obrony punktowej (Poprad czy Pilica) oraz przenośnymi przeciwlotniczymi zestawami rakietowymi (Grom/Piorun). Przez kolejne lata trwały analizy rynku oraz wymagania operacyjne. Kluczowym założeniem rządu od początku była polonizacja systemu. Aby polski przemysł obronny udźwignął tak poważne zamówienie (planowano pozyskanie aż 23 baterii), Polska Grupa Zbrojeniowa powołała specjalne Konsorcjum PGZ-NAREW składające się z 11 krajowych spółek technologicznych i produkcyjnych. Jesienią 2021 r. zapadła najważniejsza decyzja o strategicznej współpracy z rządem Wielkiej Brytanii i koncernem MBDA. Jako "serce" (pocisk rakietowy) systemu Narew wybrano rodzinę pocisków CAMM / CAMM-ER. Pod koniec listopada 2021 r. podpisano pierwszą umowę wykonawczą na zarządzanie projektem oraz rozpoczęcie integracji technologii. Wybuch pełnoskalowej wojny w Ukrainie w lutym 2022 r. wymusił nagłe przyspieszenie planów. Pierwotnie pierwsze dostawy planowano dopiero na lata 2025–2026. MON zdecydował jednak o wdrożeniu tzw. rozwiązania pomostowego o nazwie „mała NAREW”. W kwietniu 2022 r. podpisano umowę na ekspresowe dostarczenie dwóch jednostek ogniowych łączących brytyjskie rakiety CAMM (dla docelowej "Narwi" planuje się integrację rakiet CAMM-ER o niemal dwukrotnie większym zasięgu) z polskimi komponentami (m.in. radary Soła i podwozia Jelcz dla wyrzutni, wozów transportowo-załadowczych i stanowisk ). Pierwszy taki zestaw trafił do wspomnianego wcześniej 18. Pułku Przeciwlotniczego z Zamościa już we wrześniu 2022 r., co zapoczątkowało faktyczne wejście programu w fazę operacyjną. Nieco ponad rok później kolejny zestaw ogniowy "Mała Narew" trafił do 15. Gołdapskiego Pułku Przeciwlotniczego z Gołdapii i Elbląga (mała Narew fizycznie jest w Elblągu podobno) z 16. Pomorskiej DZ z Olsztyna. Zestaw "Mała Narew" składa się z: 3 wyrzutni iLauncher dla 8 pocisków CAMM o zasięgu ponad 25 km na podwoziu Jelcz P882.57 (w układzie 8×8). 2 samochody transportowo-załadowcze (w Zamościu docelowe dla "Narew" Jelcz P842D.43 (8×4) z żurawiem HIAB 855 EP-5 i skrzynią ładunkową, a w Elblągu typowe dla Pilica+ i Mała Narew mniejsze Jelcz 442.32 4×4) Urządzenie Kierowania Uzbrojeniem (UKU) ZENIT na podwoziu Star 266M2 (docelowo na Jelcz 442.32 w układzie 4×4) Zdolna do Przerzutu Stacja Radiolokacyjna (ZDPSR) SOŁA Obecnie oba pułki dysponują również zestawami artyleryjsko-rakietowymi Pilica w pozostałych bateriach i zestawami Poprad z ppzr Piorun. W 18. Pułku 1. Dywizjon ma 11., 12. oraz 13. Baterię Przeciwlotniczą z ZDPSR "Soła" i czterema Popradami + zespoły Piorun kazdda. Z kolei 2. Dywizjon ma 21. i 22. Baterię Przeciwlotniczą z czterema zestawami Pilica (ZUR-23-2PG), a 3. Dywizjon - 31. Baterię mała Narew. Docelowo będzie to "pełna" Narew, do 3. Dywizjonu docelowo dwie baterie i IBCS. Czytałem, że ma być też bateria Wisła (Patriot), ale osobiście wątpię, myślę że Wisły zostaną w Siłach Powietrznych, a to jednak Wojska Lądowe. Przypuszczalnie docelowo będzie kolejna bateria "Narew" - ale to plany, więc wszystko może się pozmieniać (dwie baterie po dwa zestawy ogniowe). Warto zauważyć, że choć zasięg "Małej Narew" jest podobny do zasięgu 2K12 Kub, a max wysokość zwalczania celów ok. 10 000 m dla CAMM i ok. 14 000 m dla Kuba, ale bateria Kub mogła na raz prowadzić ogień do jednego celu, a jednostka ognia (docelowo dwie w baterii) - 24 cele powietrzne jednocześnie. O odporności na zakłócenia i manewrowości, to nawet nie ma co mówić, CAMM bije starego analogowego Kuba na głowę. Historia rakiety CAMM z zestawu oraz sposób działania - w części drugiej Obie fot. Michał Fiszer Moi drodzy, jeśli Wam się podoba, i jeśli mam swój czas poświęcać, jeśli chcecie coś poczytać, to poproszę o kawkę, to tylko 10 czy 20 zł. Pozdrawiam wszystkim i dziękuję mocno tym, co kawki kupują. buycoffee.to/dafiszer
5
13
114
4,169
Święto 3. Warszawskiej Brygady Rakietowej Obrony Powietrznej z Sochaczewa cz. 1 15 sierpnia 1944 r. w Głusku pod Lublinem rozpoczęto formowanie 3 Dywizji Artylerii Przeciwlotniczej (3 DAPlot) wchodzącej w skład 2 Armii Wojska Polskiego. Jednostka uczestniczyła w operacji łużyckiej i praskiej pod koniec II wojny światowej, otrzymując tytuł honorowy „Łużycka”. W skład dywizji wchodziły 61., 66. i 69. Pułk Artylerii Przeciwlotniczej po 24 armaty 37 mm wz. 1939 (razem 72) i 75. Pułk Artylerii Przeciwlotniczej mający 16 armat KS 12 kal. 85 mm. Tuż po zakończeniu walk (22 maja 1945 r.) dywizja przybyła do garnizonu Leszno. We wrześniu 1945 r. w związku z przejściem wojska na etaty pokojowe, dywizja została rozformowana. Na bazie jej oddziałów utworzono 86. Łużycki Pułk Artylerii Przeciwlotniczej, który początkowo stacjonował w Lesznie, w maju 1948 r.przeniesiony do Poznania, a jesienią 1950 r. - do Legionowa. Pułk miał dywizjon dział kal. 37 mm (etat 12, trzy baterie po cztery) i dywizjon dział kal. 85 mm (etat 8, dwie baterie po cztery), ale w istocie miał po 13 dział obu typów. W 1951 r., po ostatecznym uformowaniu i rozwinięciu struktur mających na celu obronę Warszawy, 9. Dywizja Artylerii Obrony Przeciwlotniczej powstała na bazie pułku miała: 64. Pułk Artylerii OPL – pułk artylerii małego kalibru (37 mm), stacjonował na Czerniakowie, 86. Pułk Artylerii OPL – pułk artylerii średniego kalibru (85 mm), stacjonował na Bródnie, 87. Pułk Artylerii OPL – pułk artylerii średniego kalibru (85 mm), stacjonował na Służewcu i 94. Pułk Artylerii OPL – pułk artylerii średniego kalibru (85 mm), stacjonował na Bielanach (w koszarach na Bielanach i Chomiczówce). Dodatkowo w Skierniewicach był 142. Pułk Reflektorów OPL z APM-90. Łącznie dywizja w 1958 r. miała aż 204 KS-12 kal. 85 mm (po 68 w pułku) i 48 dział wz. 39 kal. 37 mm. W 1958 r. cała dywizja dostała tylko dwa działa KS-19 kal. 100 mm i dalsze przezbrojenie wstrzymano. O ile do końca 1960 r. całe Wojska Lotnicze i OPL Obszaru Kraju (lotnictwo wojskowe) otrzymały 224 armaty przeciwlotnicze 100 mm KS-19, a całe Wojsko Polskie (WL i OPL OK oraz Wojska Lądowe) łącznie 316 armat przeciwlotniczych S-60 kal. 57 mm, to przezbrojenia 9. Dywizji Artylerii Obrony Przeciwlotniczej nie podjęto. Dlaczego? Dlatego, że od razu podjęto decyzję o przezbrojeniu dywizji na zestawy rakietowe SA-75 Dźwina. 87. Pułk Artylerii OPL (Służewiec) oraz 94. Pułk Artylerii OPL (Bielany) zostały rozwiązane do kwietnia 1960 r. 86. Pułk Artylerii OPL (Bródno) rozwiązano dopiero w marcu 1962 r., ale jego kadrę zabierano do przeszkoleni na rakiety. Natomiast 64. Pułk Artylerii OPL (Czerniaków) stał się w 1963 r. samodzielny, przezbrojony na S-60 kal. 57 mm, istniejąc jako samodzielny do 1970 r. W Polsce w wersji pięciokabinowej (pierwszy wariant zestawu SA-75 Dźwina ze stacją RSNA-75) funkcjonował tylko jeden dywizjon bojowy, a w skali całego kraju sprowadzono łącznie 2 komplety takiego sprzętu. Ten niebojowy trafił do Centrum Szkolenia Specjalistów Artylerii i Radiotechniki (CSSAiR) w Bemowie Piskim służąc do szkolenia. Jedyną jednostką bojową w polskich Wojskach OPK, która otrzymała w listopadzie 1959 r. i eksploatowała zestaw w wersji pięciokabinowej był 4. dywizjon ogniowy w Baniosze (4. dogn). W tzw. pierwszym rzucie przezbrojono na Sa-75M (trójkabinowe - dotyczyło to elementów radaru SNRA-75) 2. dywizjon ogniowy (Palmiry), 3. dywizjon ogniowy (Nadarzyn) oraz 5. dywizjon ogniowy (Słupno): Otrzymały fabrycznie nowe zestawy wariantu SA-75M Dźwina-A, których oficjalnego przejęcia i odbioru dokonano 24 stycznia 1961 r. 1. Dywizjon był technicznym i stacjonował w Książenicach koło Grodziska Mazowieckiego. W drugim rzucie, w latach 1962-1963 przezbrojono: 6. dywizjon ogniowy (Pustelnik), 7. dywizjon ogniowy (Nasielsk), 8. dywizjon ogniowy (Lesznowola) oraz 9. dywizjon ogniowy (Teresin) oraz 10. Dywizjon Techniczny w Strudze (obecnie w granicach Marek koło Warszawy). Już w końcu 1963 r. S-75M z tych dywizjonów przekazano do nowo formowanych dywizjonów w Wielkopolsce (28., 29., 30. i 31. dogn) z 79. Pułku Artylerii OPK z Poznania. W zamian za to 6., 7., 8. i 9. dogn. otrzymały nowe S-75M Wołchow. 2. dogn (Palmiry) został przezbrojony na S-75M Wołchow pod koniec 1969 r., 5. dogn (Słupno) - w 1975 r., zaś 3. dogn (Nadarzyn) oraz 4. dogn (Baniocha) - w 1976 r., co zakończyło eksploatację SA-75M Dźwina w (już wówczas) 3. Łużyckie Dywizji Artylerii OPK. Zwróćmy uwagę, że od 1963 r. nie było już w dywizji żadnych pułków, w jej skład wchodziły same dywizjony rakietowe. Nowa era zaczęła się w 1970 r. wraz ze sformowaniem czterech dywizjonów S-125 Newa, ale to w kolejnej części. Na zdjęciach - armata przeciwlotnicza wz. 1939 kal. 37 mm, armata plot KS-12 kal. 85 mm, wyrzutnia SM-63 przeciwlotniczego systemu SA-75M Dźwina M i wyrzutnia SM-90 systemu przeciwlotniczego S-75M Wołchow. Moi drodzy, jeśli Wam się podoba, i jeśli mam swój czas poświęcać, jeśli chcecie coś poczytać, to poproszę o kawkę, to tylko 10 czy 20 zł. Pozdrawiam wszystkim i dziękuję mocno tym, co kawki kupują. buycoffee.to/dafiszer
1
4
1
65
3,170
Jak działają ukraińskie uderzenia w głębi Rosji? Waszyngton nie rozumie Moskwy Amerykanie często przykładają do Rosji własną miarę, nie rozumieją, że państwo to funkcjonuje całkiem inaczej, niż wiele innych cywilizowanych państw świata. Nie mają pojęcia, że to jest kraj rządzący się prawami mafii. Dlatego nie potrafią ocenić, gdzie leżą rosyjskie środki ciężkości, czyli w co należy uderzyć, by w Moskwie pojawiły się problemy. W normalnym państwie szuka się środków ciężkości w ośrodkach władzy, w obszarze niezbędnych zasobów (energetyka, zasoby paliwowe, itp.), w infrastrukturze (transport, przemysł), w ludności cywilnej (stwarzanie trudnych warunków by obywatele wywarli nacisk na władze) i w końcu w siłach zbrojnych (system dowodzenia, logistyka i przemysł zbrojeniowy, same wojska). W tym przypadku bezpośrednie oddziaływanie na te obszary jest po prostu niemożliwe. Nie ma możliwości uderzenia w przywództwo, zniszczenie obiektów kierowania państwem, w ministerstwa, w centralne zarządzanie resortów siłowych, itp. bo jak uderzyć w sam Kreml? A wiadomo, czy prezydent i jego najważniejszy ośrodek kierowania jest akurat tam? Nikt dokładnie nie wie, gdzie on przebywa, zresztą nawet pozbawienie go życia spowoduje, że jest w Moskwie określona sukcesja, władze przejmie premier Michał Miszustin, zgodnie z konstytucją. Oczywiście będzie on tylko administratorem, a ktoś będzie faktycznie kierował z „tylnego fotela”, na przykład ktoś kogo wskaże frakcja „siłowików”, powiedzmy że Aleksandr Bortnikow. Albo Dmitrij Patruszew, syn wpływowego Nikołaja Patruszewa (byłego dyrektora FSB), bądź Aleksiej Diumin (sekretarz Rady Stanu), czy Boris Kowalczuk, syn Jurija Kowalczuka, miliardera i jednego z najbliższych osobistych przyjaciół Putina z Petersburga. To jest jednak mniej więcej ścieżka konstytucyjna, która nie wywoła większych perturbacji. Co innego, gdyby jakaś frakcja, grupa spiskowców, obaliła Władimira Putina siłą. Wtedy byłoby to wykorzystane jako pretekst do ostrej walki o władze, jako że lider spiskowców nie miałby żadnej formalnej legitymizacji. Właśnie na taki scenariusz liczy Kijów, by w Moskwie powstał chaos i wielkie zamieszanie, co można by wykorzystać na czasowe zamrożenie konfliktu, a w tym czasie Ukraina musiałaby uzyskać jakąś bardziej znaczącą ochronę międzynarodową tych terytoriów, nad którymi faktycznie panuje. Takie okno możliwości pojawiłoby się, ponieważ nowi władcy w Moskwie byliby zbyt zajęci zabezpieczaniem stolicy, przejmowaniem mediów i eliminacją wewnętrznych rywali, aby skutecznie dowodzić armią. Rosyjski łańcuch dowodzenia na Ukrainie uległby przynajmniej czasowemu zamrożeniu lub rozpadowi. Uderzenia w energetykę Rosji, transport czy zasoby paliw bezpośrednio nie sparaliżują kraju. Są to bowiem zbyt rozległe, zbyt rozbudowane i mimo wszystko zbyt żywotne obszary, by tak doprowadzić do utraty zdolności do dalszego prowadzenia wojny. Dlatego wszelkie tradycyjne środki ciężkości są po prostu poza zasięgiem oddziaływania Kijowa. Z tego powodu Ukraina prowadzi wojnę asymetryczną, w której sukces militarny ma jedynie stworzyć warunki pod załamanie polityczne wroga, bo tylko ono może przynieść trwałą zmianę układu sił. Tylko jak doprowadzić do takiego załamania politycznego? Trzeba uderzać w sieć nieformalnych kremlowskich powiązań, w oligarchów i ich dochody, pokazywać że „krysza” (parasol ochronny) wysokich kremlowskich funkcjonariuszy nie działa, by oderwać ich od własnego zaplecza, by porwać różne nieformalne związki władzy z wielką finansjerą. Oligarchowie tolerują sankcje, dopóki Kreml rekompensuje im straty z budżetu państwa. Prawdziwe pęknięcie następuje wtedy, gdy kurczące się zasoby finansowe Rosji uniemożliwiają te rekompensaty, a ich prywatne fortuny w kraju i za granicą topnieją bezpowrotnie. Przez pokazywanie, że państwowa „krysza” nie chroni ich fabryk, rezydencji czy prywatnych biznesów przed fizycznym zniszczeniem (np. w głębi Rosji), rodzi kluczowe pytanie elit do cara: „Po co oddajemy ci miliardy, skoro nie potrafisz nas obronić?” To oczywiście rodzi dwukierunkowe niepokoje, bowiem „dawcy kryszy” (czyli dygnitarzy z FSB, wojska czy administracji prezydenckiej) również czują, że pali im się grunt pod nogami. W Rosji władza polityczna i siłowa karmi się pieniędzmi od oligarchów. Gdy „dawcy kryszy” widzą, że ich dotychczasowi sponsorzy tracą majątki, fabryki płoną, a budżet państwa nie nadąża z rekompensatami, sami zaczynają czuć się zagrożeni. Bez stałego dopływu gotówki z nieformalnych układów nie będą w stanie opłacić lojalności swoich własnych podwładnych w strukturach siłowych. I właśnie tych mechanizmów Amerykanie kompletnie nie rozumieją. Notabene nie tylko w Rosji, bowiem nie odnaleźli też właściwych środków ciężkości w Iranie, który również zbudowany jest z różnych nieformalnych powiązań. To jest fundamentalny problem zachodniej, a zwłaszcza amerykańskiej myśli strategicznej, który wielu czołowych ekspertów ds. bezpieczeństwa określa jako systemowy brak zrozumienia realiów państw rządzonych przez nieformalne sieci powiązań (tzw. network states lub systemy neopatrymonialne). Neopatrymonializm to hybrydowe formy rządów, w których fasada nowoczesnego państwa (np. konstytucja, urzędy, biurokracja, wybory) współistnieje z nieformalnymi, tradycyjnymi sieciami powiązań opartymi na relacjach typu patron-klient. I właśnie te drugie są decydujące, a nie te fasadowe, sformalizowane. Dla odmiany doskonale rozumie to Kijów i ukraińscy eksperci strategiczni. Dlaczego? Ponieważ sami mieli bardzo podobne układy, a w znacznym stopniu są one wciąż obecne w Ukrainie. Ukraina posiada unikalną, organiczną zdolność do analizowania Rosji, ponieważ dzieli z nią to samo postradzieckie dziedzictwo instytucjonalne i kulturowe. Nie atakujcie rafinerii! Amerykanie nie rozumieją, że ataki na rosyjskie rafinerie nie doprowadzą do załamania się sytuacji paliwowej. Rosja zachowa zdolność do wytwarzania paliw, do ich eksportu i sprzedaży do USA, nawet kosztem konsumpcji paliw na rynku odbiorców prywatnych, własnych obywateli ma bowiem Moskwa w bardzo głębokim poważaniu. Szary człowiek w Rosji, czy nawet masy, nie mają wiele do powiedzenia, Rosja to państwo policyjne, to struktury terroru, które stłumią każdy opór społeczeństwa. Donald Trump powiedział: „Powiedzieliśmy mu: możecie robić z Rosją, co chcecie. Nie atakujcie rafinerii, ponieważ to stwarza problemy na całym świecie”. Żadnych problemów na świecie to nie stwarza. Dla Kremla kluczowe jest utrzymanie dopływu twardej waluty oraz realizacja zobowiązań międzynarodowych (w tym ukrytego eksportu, który różnymi drogami wciąż potrafi docierać na rynki zachodnie). Jeśli ukraińskie drony zniszczą część mocy przerobowych, Moskwa bez wahania wprowadzi drastyczne ograniczenia, kartki na paliwo lub astronomiczne podwyżki cen dla własnych obywateli. Szary człowiek ma bez szemrania ponosić koszty wojny. To nie dlatego płoną rosyjskie rafinerie, które są odbudowywane i wznawiają produkcję, choć oczywiście olbrzymim kosztem dla ich nieformalnych właścicieli. Nieformalnych, bo choć przedsiębiorstwa są państwowe, to jednak zarządy, rady nadzorcze z nadania Kremla, różni udziałowcy i dyrektorzy czerpią z nich gigantyczne zyski. I właśnie te zyski idą z dymem, a nie możliwości zaspokojenia eksportu czy władnych potrzeb militarnych, przemysłowych, transportowych. Jedyne co cierpi, to ewentualnie odbiorcy prywatni, zwykli obywatele, dla których okresowo i w pewnych regionach potrafi brakować paliwa, notabene głównie benzyny. W systemie neopatrymonialnym mienie „państwowe” to de facto feudalne lenna przekazane zaufanym ludziom przez cara. Oficjalnie zyski powinny trafiać do budżetu, ale w rzeczywistości poprzez sieć spółek-córek, zawyżone kontrakty podwykonawcze i wielkie premie dla rad nadzorczych, strumień gotówki zasila prywatne kieszenie kremlowskiej elity. I właśnie po tym wali Ukraina, nie będąc de facto w stanie sparaliżować olbrzymiej, redundantnej machiny mającej zdolność do odtwarzania zdolności produkcyjnych, choć oczywiście wspomniane lenna ponoszą olbrzymie koszty owego odtwarzania. Zwróćmy uwagę, w co konkretnie uderzają ukraińskie drony. Na przykład w sieci e-comerce takich jak Wildberries czy Ozon, które nijak się mają do funkcjonowania rosyjskiej machiny wojennej. Przecież jak Natasza i Tatiana nie kupią sobie nowych sukienek, to na froncie nie zabraknie od tego amunicji! Te platformy nie są abstrakcyjnymi bytami. Stoją za nimi konkretni ludzie powiązani z Kremlem (jak choćby Tatiana Kim, szefowa Wildberries). Szacuje się, że zmasowana kampania dronowa wymierzona w te magazyny pozbawi rosyjski e-commerce około 400 miliardów rubli (blisko 4,8 miliarda dolarów) przychodów. Kolejnym celem ostatnio stały się centra danych Yandexa, co poważnie zakłóca funkcjonowanie usług teleinformatycznych. Po prostu Yandex to przedsięwzięcie komercyjne. Jest to platforma dostarczająca na przykład mapy, zapewniająca wyszukiwarkę aspirującą do konkurencji dla Google (fakt, że rosyjskie strony przeszukuje lepiej od Google, zwłaszcza jak się zapytanie puści cyrylicą). Niemniej jednak ludzie prowadzący wszelką działalność komercyjną często z owej przeglądarki korzystają. Jeszcze ważniejsze są usługi chmurowe. To już jest poważna sprawa, bowiem wiele dużych firm korzystało z nich dla swoich baz danych, zestawień, e-księgowości, fakturowania, itp., a teraz wszystko poszło z dymem. Dla wielu całkiem sporych firm wygenerowało to wielkie koszty i sprawiło sporo kłopotów. A dochody samego Yandexa też spadną i to poważnie. Właścicielem rosyjskiego biznesu technologicznego Yandex jest Konsorcjum Pierwsze (Consortium.First), składające się z grupy rosyjskich inwestorów prywatnych oraz menedżerów firmy. Po inwazji Rosji na Ukrainę, dotychczasowa holenderska spółka-matka (Yandex N.V.) zdecydowała się całkowicie wycofać z rynku rosyjskiego. Sprzedała ona 100% rosyjskich aktywów za kwotę 5,2–5,3 miliarda dolarów wspomnianemu konsorcjum. W jego skład, oprócz kadry zarządzającej Yandexu, wszedł m.in. fundusz powiązany z gigantem naftowym Łukoil. Współtwórca Yandexu, miliarder Arkadij Wołoż, odciął się od działań wojennych Rosji, potępił inwazję i wyemigrował z kraju. Na początku 2026 roku oficjalnie zrzekł się rosyjskiego obywatelstwa. Jeśli chodzi o ludzi z zarządu Yandexa, to pojawiają się tu nazwiska dyrektora generalnego Artema Sawinowskiego, oligarcha Aleksandr Czaczawa, biznesmeni Paweł Prass i Aleksandr Riazanow. Ten ostatni jest najbardziej powiązany z Kremlem, Riazanow to były deputowany do Dumy Państwowej (rosyjskiego parlamentu) oraz były wiceprezes państwowego giganta Gazprom. oprzez obsadzenie rady dyrektorów ludźmi wskazanymi przez konsorcjum (w tym powiązanymi z Łukoilem i byłymi menedżerami państwowych spółek), Kreml zyskał gwarancję, że algorytmy wyszukiwarki Yandex, asystenta głosowego Alisa oraz systemy map będą cenzurować treści niezgodne z linią propagandową Moskwy. Głównym architektem układu z Kremlem jest jednak Aleksiej Kudrin, oficjalnie doradca ds. rozwoju korporacyjnego. To wieloletni wicepremier i minister finansów Rosji, uważany za jednego z najbliższych i najbardziej lojalnych współpracowników Władimira Putina. Ponadto pierwszy zastępca szefa administracji Kremla, Siergiej Kirijenko, bezpośrednio nadzoruje rosyjski segment internetu i politykę informacyjną, on też daje tzw. "kryszę", czyli zapewnia bezpieczeństwo funkcjonowania, w zamian za kremlowską kontrolę nad treściami. No i właśnie ten ostatni układ właśnie został naruszony. Yandex poniesie teraz znaczące straty. Firma została uderzona w swoje najcenniejsze aktywa technologiczne, a koszty tej operacji wykraczają daleko poza zwykłe zniszczenia budynków. Jak pisze ITwiz, dbudowa pełnych mocy obliczeniowych, zwłaszcza w obszarze sztucznej inteligencji, zajmie koncernowi lata i potrwa co najmniej do 2028 r. Ponadto, jak już napisaliśmy, zniszczenie infrastruktury w Sasowie, Kałudze i Włodzimierzu uderzyło w segment B2B, czyli platformę chmurową Yandex Cloud. Awaria dotknęła ponad 80 kluczowych usług cyfrowych (narzędzia finansowe, logistyczne, bazy danych, poczta firmowa). Natychmiastową reakcją na doniesienia o płonących centrach danych i paraliżu usług był spadek akcji Yandexu na moskiewskiej giełdzie o prawie 3,5% w pierwszych dniach ataków. Inwestorzy zdają sobie sprawę, że firma straciła zdolność do generowania szybkich zysków z innowacji technologicznych i będzie musiała przekierować wszystkie wolne środki na ratowanie bieżącej działalności. I to właśnie o to głównie chodzi. Nie straty gospodarcze, nie spowolnienie technologiczne, ani nawet nie o wojnę informacyjną. Ale o silne uderzenie w kieszenie ważnych ludzi powiązanych z Kremlem. To jest poważna sprawa, bowiem dzięki takim działaniom rośnie coraz większe zdenerwowanie i niezadowolenie rosyjskich elit, które dotąd sobie żyły jak w raju. A teraz nagle do chmury odpływają nie dane, ale ich własne dochody, bezpowrotnie tracone. A nie chodzi o małe sumy. Dlatego prezydent Donald Trump niepotrzebnie się denerwuje. Jego Diesel, ważniejszy niż ukraińska krew, nie jest zagrożony. Na zdjęciu - dane Yandexa przenoszą się do chmury Ilustracja dla zobrazowania, nie wiem czy AI, czy nie, ale nie o to chodzi. fot. tech-insider.org Moi drodzy, jeśli Wam się podoba, i jeśli mam swój czas poświęcać, jeśli chcecie coś poczytać, to poproszę o kawkę, to tylko 10 czy 20 zł. Pozdrawiam wszystkim i dziękuję mocno tym, co kawki kupują. buycoffee.to/dafiszer
30
116
9
739
55,636
Początki programu Su-24 Historia samolotu faktycznie zaczęła się już 24 stycznia 1961 r., kiedy podjęto postanowienie o przyjęciu do uzbrojenia uderzeniowej wersji myśliwca Su-7 (S-2) nazwanej Su-7B (S-22). W tym samym postanowieniu wydano polecenie OKB-51 Pawła O. Suchoja, by biuro opracowało odmianę samolotu z systemem nawigacyjno-celowniczym "Puma". Samolot miał nosić nazwę S-28. Były to ciekawe czasy. Wciąż w USA obowiązywała doktryna Zmasowanego Odwetu w ramach tzw. New Look (nowe spojrzenie) prezydenta Dwight Eisenhowera, ogłoszona w styczniu 1954 r. Zakładała ona zmasowane uderzenie jądrowe na ZSRR oraz na zaplecze wojsk UW w NRD i zachodniej Czechosłowacji (głównie), a po części też w Polsce, Państwach Bałtyckich, Białorusi i zachodniej Ukrainie. Wbrew komunistycznej propagandzie PRL głoszonej też przez Amerykanistę, prof. Longina Pastusiaka, że rzekomo głównie w Polsce (na linii Wisły). Nie, głównie na linii Łaby. Sowieci zamierzali uderzyć gwałtownie, stawiając NATO przed faktem dokonanym, torując sobie drogę licznymi taktycznymi uderzeniami jądrowymi. Dlatego właśnie, dla takich uderzeń 21 czerwca 1956 r. przyjęto do uzbrojenia pocisk R-5M (8K51) z głowicą jądrową o zasięgu 1200 km stanowiące uzbrojenie brygad Odwodu Naczelnego Dowództwa oraz system R-11 (8K11) przyjęty do uzbrojenia 1 kwietnia 1958 r. frontowych oraz armijnych brygad rakiet operacyjno-taktycznych o zasięgu do 170 km, również z głowicą jądrową. Podobno jednak w 1960 r., po ogłoszeniu w grudniu 1959 r. programu "rakietyzacji" wojska, Sztab Generalny i MO ZSRR przekonywało partyjną wierchuszkę, że rakiety nie są w stanie uderzać na manewrujące wojska, stanowiska dowodzenia zmieniające położenie, na budowane w różnych miejscach przeprawy, na kolumny transportów zaopatrzenia, przemieszczające się drugie rzuty i odwody, itp. Do tego potrzebne były środki pilotowane, wykonujące jądrowe (wówczas) ataki na obiekty precyzyjnie zlokalizowane dopiero w czasie lotu. A także samoloty niszczące wrogie środki przenoszenia broni jądrowej (głównie wyrzutnie rakiet) w ramach walki o przewagę jądrową. Takie czasy, że planowano walić tego bez opamiętania. Mój kolega, który w latach 70. latał na Su-7 w Bydgoszczy (atomowe bombowce) pisał w różnych dokumentach cywilnych, w rubryce "zawód" - "architekt krajobrazu". Dlatego właśnie w styczniu 1961 r. zdecydowano o budowie samolotu myśliwsko-bombowego, zdolnego do poszukiwania takich mobilnych celów do atakowania bronią jądrową, w każdych warunkach atmosferycznych. Jako serce nowego systemu nawigacyjno celowniczego "Puma", w Leningradzkim Naukowo-Produkcyjnym Zjednoczeniu „Elektroawtomatika” pod kierunkiem Wiktora I. Lanerdina opracowano cyfrowy komputer BCWS „Orbita-10”. Był to pierwszy pokładowy system cyfrowy. Integrował on informacje nawigacyjne i celownicze, dokonując niezbędnych obliczeń. Pracował albo na zakresie "nawigacja", albo "ataka", przełączany przyciskami w kabinie. Małogabarytowa Platforma Inercjalna MIS-P (znana również jako MIS-2) została opracowana przez Ramieńskie Biuro Konstrukcyjne Budowy Przyrządów (RPKB) w Ramienskoje pod Moskwą pod kierunkiem Sergieja S. Zielenkowa, był to pierwszy sowiecki bezwładnościowy system nawigacyjny. Do tego dochodził dopplerowski miernik prędkości i kąta znoszenia DISS-7, który powstał w KB Łucz w Rybinsku pod kierunkiem Wiktora J. Kołczinskiego. Początkowo, dla S-28, planowano zastosowanie stacji RSBN-2S "Swod", ale kiedy powstawał późniejszy T-6.1 zastosowano już RSBN-6s „Romb-1K” opracowany w WNIIRA (dawne NII-33) w Leningradzie pod kierunkiem Genadija A. Pachołkowa. W części celowniczej system Puma zastosowano radar RPO „Orion-A” opracowany w Instytucie Naukowo-Badawczym Technik Radiowych (NIIRT), późniejszym NPO "Leniniec" w Leningradzie, pod kierunkiem Tymofieja N. Sokołowa. Ponieważ na S-28 (zmodyfikowanym Su-7) nie mieścił się on w nosie, to planowano umieścić stację w kontenerze pod kadłubem, co wraz z masą całej "Pumy" - ok. 1300 kg, kompletnie dyskwalifikowało instalację kompleksu na Su-7B. W końcu w 1962 r. ten projekt zarzucono. Jednocześnie jednak zaczęto projektowanie nowego samolotu opartego nieco na powiększonej konstrukcji myśliwca Su-15 (T-58), czyli dolnopłata ze skrzydłem delta, z klasycznym usterzeniem, bocznymi chwytami powietrza, z kabiną pilota i nawigatora w układzie tandem. Samolot miał latać na dużych i średnich wysokościach z prędkościami naddźwiękowymi. Samolot nazwano Suchoj S-6 (nie mylić z drugowojennym Su-6). Napęd miały stanowić dwa silniki Tumansky R-21F-300 (zmodyfikowane R-11F-300) o ciągu 46,5 kN bez dopalania i 80,1 kN z dopalaniem podobne nieco do tych stosowanych na Su-15 (R-13F-300, ciąg z dopalaniem 70 kN). Samolot jednak nie powstał, bowiem wystąpiły przede wszystkim potężne problemy z opracowaniem samego, zmodyfikowanego dla niego kompleksu nawigacyjno-celowniczego NPS "Puma-6". Mimo to w czerwcu 1963 r. OKB-51 otrzymało od wojska (WWS) wstępne wymagania taktyczno-techniczne (TTT) dla S-6. Jesienią 1963 r. powstała jego pełnowymiarowa makieta, która dokładnie odzwierciedlała planowany wygląd maszyny. Jednak z początkiem 1964 zaczęła się dyskusja na temat dwóch kierunków: 1. jak poradzić sobie z nową OPL opartą na zestawy kierowanych rakiet przeciwlotniczych? 2. jak poradzić sobie z problemami atakowania i niszczenia stałych baz? Dlatego oficjalnego zamówienia na samolot nadal nie było, więc prace nad S-6 nie mogły nabrać tempa. Zamiast tego znaleziono odpowiedzi na wspomniane pytania: 1. latać na skrajnie małej wysokości z dużymi prędkościami 2. wykorzystywać lotniska trawiaste (polowe) dzięki technikom skracaniu startu i lądowania. Oficjalnie, po długich dyskusjach, pojawiło się zamówienie na samolot 27 października 1964 r. na posiedzeniu Prezydium Naukowo-Technicznej Rady GKAT ZSRR, przy czym GKAT to Państwowy Komitet Techniki Lotniczej ZSRR w latach 1957-1965 pełniącego funkcję Ministerstwa Przemysłu Lotniczego (MAP), przywróconego w 1965 r. Wtedy zapadły ustalenia, by zbudować demonstratory technologii skróconego startu i lądowania samolotów bojowych (myśliwsko-bombowego - OKB-51 Suchoja i myśliwskiego OKB-155 Mikojana-Gurewicza). Tak narodziły się projekty T-58M (T-6) Suchoja i MiG-23PD (nie miał nic wspólnego z późniejszym MiG-23) powstały na bazie demonstratora MiG-21PD. Obie firmy podjęły też rywalizację przeciwko sobie, Mikojan przygotował projekt Je-155PD czyli uderzeniową odmianę MiG-25, a Suchoj prototyp T-58WD, czyli odmianę Su-15 o skróconym starcie i lądowaniu. Ale to już inna historia w kolejnej części. Na zdjęciach model i pełnowymiarowa makieta samolotu uderzeniowego Suchoj S-6 z 1963 r. Moi drodzy, jeśli Wam się podoba, i jeśli mam swój czas poświęcać, jeśli chcecie coś poczytać, to poproszę o kawkę, to tylko 10 czy 20 zł. Pozdrawiam wszystkim i dziękuję mocno tym, co kawki kupują. buycoffee.to/dafiszer
9
14
1
172
7,233
Su-34 to cholernie ciekawy samolot. Spróbuję go pobieżnie choć opisać, myślę że warto. Muszę wrócić do dalszej części opisu rodziny Su-17/20/22
9
7
265
15,672
POGŁĘBIONE PYTANIE To jest wiadome: Główne rosyjskie farmy trolli i boty publikujące dezinformację w mediach społecznościowych nie są hostowane na serwerach wyszukiwarki Yandex. Korzystają one z rozproszonej infrastruktury komercyjnej (m.in. w chmurach zachodnich lub w krajach takich jak RPA), przez co fizyczne zniszczenie serwerowni pod Moskwą czy we Włodzimierzu ich nie wyłączyło. Z tym nikt nie dyskutuje. Niebezpiecznik pisze: Rosyjskie operacje wpływu (tzw. APT – Advanced Persistent Threats) oraz farmy botów są celowo uniezależnione od infrastruktury krajowej. Korzystają one z globalnych, rozproszonych dostawców chmurowych (często zlokalizowanych w Azji, Afryce, a nawet za pośrednictwem „podstawionych” firm w chmurach zachodnich). Odcięcie serwerowni w Rosji nie odebrało im zasobów obliczeniowych, z których korzystają na co dzień na świecie. Dobra, OK. Nie jestem specjalistą od sieci, więc wierzę, w końcu tam siedzą fachowcy. A zatem dopytywałem fachowców, komputerowców, specjalistów od sieci. Stary - nie ma wpływu. Do najważniejszych rzeczy mają własne moce obliczeniowe, w GRU, w superkomputerach wojskowych, Yandex to komercja na kraj, poszukiwarka, mapa, usługi, chmury i takie tam, mambo-dżambo. Nie ma związku z dezinformacją. OK. Wierzę. I nagle - Zong! To nie mówi byle kto. Dr Agnieszka Lipińska z NASK, kierowniczka Ośrodka Analizy Dezinformacji. Mówi to w imieniu instytucji. Po badaniach. Więc pytam się fachowców od sieci: jak jest? O co chodzi, dlaczego tak jest? No co jest chłopaki? Człowiek pisze coś w oparciu o szerokie przeszukiwanie źródeł, w oparciu o intensywne wypytywanie ludzi, którzy się na tym znają. Wszyscy są zgodni, "stary, nie, żadne trole nie ucierpią, dezinformacja nie padnie"! Więc pytam ich pokazując to co poniżej. I słyszę odpowiedź mniej więcej taką: Część rosyjskich operacji dezinformacyjnych opiera się na automatycznym, masowym powielaniu dokładnie tych samych treści (np. linków do fałszywych stron informacyjnych udających polskie media, tzw. operacja Doppelgänger). Tego typu techniczna infrastruktura, generatory fałszywych domen, serwery przekierowujące ruch oraz boty dystrybuujące linki, w pewnym stopniu technicznie opierała się na zasobach i narzędziach sieciowych powiązanych z Yandexem. Gdy te serwery wyłączono, część zautomatyzowanych, masowych kampanii narracyjnych po prostu fizycznie przestała działać, co NASK odnotował jako spadek o około 30% zasięgu i skali. Acha. Git. No to chłopaki, chłopcy-komputerowcy, mówcie jak jest. Wiadomo, że o 30 % (do ok. 70 % dotychczasowych) to nie o 99,6 %, do 0.4 % dotychczasowych co dotyczyło yandexowego ruchu technicznego. No ale mówiliście, że nawet na jotę nie tąpnie. A tu jednak. Szału nie ma, ale JEDNAK spadło. To zapytanie. Mnie to cholernie interesuje, siedzę w dezinformacji, w przekazach, treściach, narracjach, kierunkach, źródłach, mechanizmach, narzędziach (nie technicznych tylko tych narzędziach psychologicznego oddziaływania). No dobrze też jeszcze wiedzieć coś o dystrybucji. To dla mnie kwestia nieco poboczna, to nie jest ten kierunek którym ja się zajmuje. Jednak to TEŻ DOBZE WIEDZIEĆ. Ale ja, jako niesieciowiec, niekomputerowiec, muszę polegać na Was, komputerowcach, softłerowcach, sieciowcach, serwerowcach, routerowcach czy co tam jeszcze. Co więc macie do powiedzenia? Tym razem bez linka do kawy, bo to zapytanie, nie stwierdzenie. Nie analiza, nie teza. Pogłębione pytanie. Mówcie śmiało, ale na temat.
19
51
5
233
7,046
Krótko - co z tym rozejmem? Prezydent Donald Trump właśnie ogłosił na platformie Truth Social natychmiastowe wejście w życie „energetycznego zawieszenia broni” między Rosją a Ukrainą, twierdząc, że obie strony wyraziły na to zgodę i zaapelował: „Nie złamcie tego!”. Pierwszy wiceprzewodniczący komisji ds. energetyki w Dumie Państwowej, Igor Ananski, wprost oświadczył, że rosyjski parlament nie dysponuje żadnymi informacjami na temat rzekomego rozejmu energetycznego, o którym pisał prezydent USA. Moskwa do tej pory nie potwierdziła oficjalnie, aby jakiekolwiek wiążące porozumienie z Kijowem zostało zawarte. Najbardziej wymowną reakcją Rosji było to, co stało się zaledwie chwilę po wpisie Trumpa. Rosyjska armia przeprowadziła natychmiastowe uderzenia rakietowe na ukraińską infrastrukturę krytyczną, w tym na elektrociepłownię TEC-5 w Charkowie oraz obiekty energetyczne w Kijowie. Pokazuje to, że Moskwa traktuje wpisy Trumpa na Truth Social wyłącznie jako element medialnego szumu. Najbardziej jednak uderza lekceważenie prezydenta Trumpa w Moskwie. Wiadomo, że Igor Ananski nie powiedział tego wbrew stanowisku Władimira Putina. Ale sam Władimir Władimirowicz tego nie zrobił, ani nawet przewodniczący Dumy Państwowej Wiaczesław Wołodin czy choćby przewodniczący rzeczonej komisji, Paweł Zawalny. I tak dobrze, że prezydentowi USA nie odpowiedziała bufetowa z kremlowskiej kafeterii… W dyplomacji, a zwłaszcza w rosyjskiej szkole politycznej, to, kto odpowiada na deklarację głowy obcego państwa, ma fundamentalne znaczenie. Dlatego jest to absolutne upokorzenie Waszyngtonu przez Moskwę, ale przecież mogą sobie na to pozwolić. Ameryka potrzebuje rosyjskiego Diesla, choćby kosztem ukraińskiej krwi. Jak w słynnym dowcipie, w którym Putin wychodzi ze swojej rezydencji, a jego żona (domniemana) krzyczy z okna: „Władimir! A gaz zakręciłeś?”. Z kolei prezydent Wołodymir Zełenski nie skrytykował Donalda Trumpa bezpośrednio, co byłoby błędem politycznym. Zamiast tego z rozbrajającą szczerością przyznał w rozmowie z portalem Axios, że o rzekomym porozumieniu dowiedział się... z mediów. Słowami: „Ogłoszenie zawieszenia broni było dla mnie nowością. Ale jeśli prezydent Trump wynegocjował to z Putinem, to proszę nam powiedzieć, kiedy się zaczyna”, Kijów elegancko wystawił Donalda Trumpa na strzał. Amerykański prezydent ogłosił sukces, którego z nikim nie skonsultował, a Ukraina z uśmiechem powiedziała: „Sprawdzam”. Na zdjęciu: te rafinerie są naprawdę bardzo ładne, któż nie lubi zapachu spalonej ropy o poranku? Nic takiego nie miałoby miejsca, gdyby nie 24 luty 2022 r. Warto o tym pamiętać kto na kogo napadł, a teraz płacze. Fot. RBC-Ukraine Moi drodzy, jeśli Wam się podoba, i jeśli mam swój czas poświęcać, jeśli chcecie coś poczytać, to poproszę o kawkę, to tylko 10 czy 20 zł. Pozdrawiam wszystkim i dziękuję mocno tym, co kawki kupują. buycoffee.to/dafiszer
6
36
1
206
8,920
Czy zagrożenie naprawdę istnieje? Na początek nie mogę powstrzymać się od uwagi, że w tym „straszeniu” to trochę logiki brakuje. Albo ktoś wierzy, że zagrożenie jest realne i rząd ostrzega, a jeśli nie wierzy w zagrożenie, to o jakim straszeniu mówimy? Czy ktoś się ma bać czegoś, w co nie wierzy? To w końcu ktoś go wystraszył, czyli wierzy w zagrożenie i podziela zdanie ostrzegającego, albo nie wierzy w zagrożenie, nie boi się go, a zatem nikt go nie wystraszył prawda? Ale mówiąc poważnie, najpierw odpowiedzmy sobie na pytanie, czy zagrożenie w ogóle istnieje. W to, że Rosja zamierza zdominować państwa europejskie, to trudno nie wierzyć. Przecież Moskwa sama tego nie ukrywa! Ich politycy na okrągło mówią o przebudowie układu sił, przebudowie architektury bezpieczeństwa, o budowie świata wielobiegunowego, gdzie biegunem jest określono mocarstwo z własną strefą wpływów. Jednym biegunem są oczywiście Stany Zjednoczone, ale które państwa mają być pozostałymi biegunami? Wielobiegunowy to zdecydowanie mający więcej niż jeden biegun, prawda? No właśnie i tymi pozostałymi biegunami mają być Rosja, która jest przestawiana jako cywilizacyjne źródło kultury opartej o tradycyjne wartości, no i kolejnym biegunem będą sprzymierzone z Rosją Chiny. Na to niestety Rosja nic nie poradzi. W czasach ZSRR to Moskwa była starszym bratem Pekinu, ale dziś jest odwrotnie. Dlatego Rosja musi się liczyć z tym, że Chiny odbiorą jej znaczącą część tortu, głównie w Azji. O Afrykę trwa ostra i nie zawsze braterska rywalizacja, ale już oba te państwa sprawiły, że Europa przestała być liczącym się w Afryce graczem, a Stany Zjednoczone nigdy nie wykazywały nią większego zainteresowania. Oczywiście głównym kierunkiem, w którym Rosja może tworzyć swój biegun, czyli budować strefę wpływów w świecie wielobiegunowym, jest Europa. I w tym właśnie kierunku Rosja zmierza. 16 marca 2022 r. minister spraw zagranicznych federacji rosyjskiej, Siergiej Ławrow powiedział to wprost: „tu już nie chodzi tylko o Ukrainę". Jak można nie słuchać tego, czego Moskwa nie ukrywa, jak można nie dostrzegać tego, co głoszą rosyjskie media, jak można nie widzieć rosyjskiej wrogości wobec Zachodu, tej pogardy, lekceważenia, a jednocześnie zawiści i jawnie agresywnej postawy? Z Rosją tak się można „dogadać” jak z bandytą z nożem sprężynowym w ciemnym zaułku, kto wierzy w dyplomacje, niech próbuję, życzymy powodzenia. Zagrożenie jak najbardziej istnieje obiektywnie, ale na czym ono polega obecnie, a na czym w nieco dalszej przyszłości? Jaki charakter ma istniejące zagrożenie? Rosja utknęła w Ukrainie i gdyby Moskwa kierowała się takimi racjami i logiką jak państwa europejskie, to dawno by odpuściła. Piąty rok mielą, końca nie widać, koszty wojny wystrzeliły w kosmos i zaczynają zdecydowanie przewyższać potencjalne korzyści ze zwycięstwa, do którego wciąż całkiem daleko. Dlaczego więc Rosja nie odpuszcza, nie rezygnuje lecz dąży do podporządkowania sobie Ukrainy z takim uporem, determinacją i nieustępliwością? Jedyne logiczne wyjaśnienie jest takie, że stawką nie jest sama tylko Ukraina, bo ta jest niewarta aż tak wielkich ofiar, jakie ponosi Rosja. Stawka jest znacznie wyższa, a Ukraina to ważny etap, bez pokonania którego nie ma jak pójść dalej. I jasne jest to, że dopóki Ukraina walczy, to dalej nie pójdzie. Ale jak Ukraina upadnie, to sytuacja ulegnie radykalnej zmianie. Choć nadal trzeźwa ocena potencjału i realnych możliwości pokazuje jedno: w otwartej walce z NATO Rosja nie ma szans, dlatego wojna światowa jaką znamy w zasadzie nam nie grozi. To, co nam grozi wynika bezpośrednio ze sposobu, w jaki Rosja zamierza poradzić sobie z kolejnymi państwami. Bo Rosja nie rezygnuje i chyba nikt nie odmawia Moskwie jednego – uporu i konsekwencji. Rosja nie pokona całego NATO, ani nawet państw europejskich walczących bez wsparcia Stanów Zjednoczonych. Nie ma szans, potencjał Rosji jest na to zbyt mały. Nawet jeśli zsumować go z potencjałem Białorusi, oraz Ukrainy, który Rosja po upadku Kijowa przejmie. Dlatego to, co może być groźne, to doprowadzenie do izolacji przyszłej ofiary, a następnie do spowodowania stanu rozkładu, chaosu i anomii społecznej. A jak to Rosja zrobi? Zrobi to za pomocą oddziaływania kognitywnego, czyli za pomocą intensywnej wojny informacyjnej wspartej działaniami hybrydowymi. A będzie działać niezwykle intensywnie. Czyli co nam tak naprawdę grozi? Naprawdę grozi nam to, że damy się rozegrać. Że damy się wodzić za nos rosyjskiej propagandzie, że pozwolimy się wytresować moskiewskim treserom, że będziemy warczeć i szczerzyć zęby na widok Ukraińca czy sojusznika z Zachodu, a będziemy się łasić do wszystkiego, co zapachnie Rosją. To jest pierwsza, najważniejsza rzecz: nie dajmy się prowadzić na smyczy rosyjskiej dezinformacji i manipulacji. Bo sami rozwalimy nasze państwo naszymi własnymi rękoma. Jak chomik wybudzony ze snu w ciągu dnia, który potrafi ze złości zniszczyć własne schronienie i rozrzucić ściółkę w klatce. Kolejne niebezpieczeństwo, to nasilające się działania hybrydowe balansujące tuż poniżej progu wojny. To będzie coraz częstsze, bo Władimir Putin chce nas przekonać, że pomaganie Ukrainie może być dla nas niebezpieczne. Oczywiście zapomniał dodać, że niepomaganie Ukrainie może być o wiele bardziej dla nas niebezpieczne, ale rosyjski prezydent już tak ma. Ciągle zapomina czegoś dopowiedzieć. Najgorszą rzeczą, jaka może nas (jako NATO) w tym momencie spotkać, to atak na jedno z Państw Bałtyckich. Najbardziej zagrożona jest Łotwa, zwłaszcza że to może być jedynie prowokacja polegająca na zajęciu kilku kilometrów kwadratowych, by przetestować jedność sojuszu. Chodzi o to, by sprawdzić, czy wszystkie państwa zdecydują się na siłowe, militarne rozwiązanie by utracony teren odzyskać, bo być może znajdą się takie, które uznają, że agresja już ustała, wiec artykuł piąty nie powinien być uruchamiany. Władimir Putin liczy tu szczególnie na Słowacje, może Grecję, Portugalię czy Węgry, postawa Turcji czy Stanów Zjednoczonych też nie jest do końca pewna. Oczywiście sekretarz generalny NATO oświadczył, że będziemy bronić każdego centymetra terytorium sojuszu i żadne z państw nie zaprotestowało ani nie wyraziło wątpliwości. Ale jak się te państwa zachowają w obliczu realnej sytuacji? Jest to rozwiązanie bardzo ryzykowne, bowiem może zaowocować faktycznym uruchomieniem artykułu piątego i pokonaniem Rosji przez przeważające siły NATO. Ale Rosja wykonuje różne ruchy, zmierzające do wywołania chaosu w państwach Europy Zachodniej. Na przykład dzisiaj na kilka godzin pojawił się w RIA Nowosti artykuł Aleksandra Nosowicza zatytułowany: „Rosję czeka nowa SWO (specjalna operacja wojskowa – przyp. nasz). Ona będzie bardzo krótka”. Pretekstem do rozpoczęcia tej „nowej SWO” ma być to, że parlament Litwy zniósł zakaz stacjonowania broni jądrowej na terytorium Litwy, co Rosja uznaje za wystarczający pretekst do wojny. Artykuł ten zniknął jednak z łamów po kilku godzinach, ale oczywiście w internecie nic nie ginie, więc można sobie go nadal obejrzeć w archiwum neta. Odnosimy wrażenie, że to był zabieg celowy, mający wywołać strach w państwach sojuszu, element rosyjskiej wojny nerwów, mający na celu odstraszenie obywateli Unii Europejskiej od pomagania Ukrainie. Ale podobne groźby w postaci działań balansujących w pobliżu progu wojny, mogą być kontynuowane. Choć zagrożenie wtargnięciem rosyjskim wojsk do nas jest obecnie bardzo niskie (jak na dziś oczywiście), to dla odmiany zagrożenie nasileniem aktów dywersji, sabotażu, podpaleń, zabójstw na zlecenie, „przypadkowych” wlotów dronów czy pocisków manewrujących które mogą nawet poczynić określone szkody, to wszystko jest naprawdę bardzo wysokie i narasta. To jest właśnie to czego się możemy spodziewać i to w dodatku na dość dużą skalę. Choć trzeba tu oczywiście dodać, że spodziewać się możemy wszystkiego. Na wojnie konwencje są jedynie sugestią, a wszystkie chwyty są dozwolone, przynajmniej dla zwycięzców – ich nikt nie będzie sądził. Rosjanie nie są głupi. Będą tak dobierać działania, żeby spowodować największe szkody, ale w naszych umysłach. Jeszcze długo będziemy się kłócić czy dany incydent miał związek z Rosją czy nie. Państwo straszy czy ostrzega? Jeśli przedstawiciele państwa polskiego i to nie ważne, czy ze strony rządowej czy prezydenckiej, mówią o narastającym zagrożeniu, głównie w tym wymiarze dywersyjno-sabotażowym i hybrydowym, no to niestety mają do tego podstawy. Przynajmniej taka jest nasza własna ocena sytuacji i tutaj władze wielu innych państw sojuszniczych wykazują sporą zgodność na tym polu. Oczywiście można uznać, że jest to straszenie. Ale w istocie cel tych ostrzeżeń jest. Po pierwsze, trzeba zbudować określoną świadomość społeczną, tak by uodpornić ludzi na dezinformację. Po drugie, trzeba uczulić społeczeństwo na współpracę ze służbami. Bez obywatelskiej czujności, informowaniu służb o zamaskowanych ludziach kręcących się koło ważnych obiektów, ludziach fotografujących ważne instalacje (zbiorniki gazowe, podstacje elektryczne, obiekty chronione, itp.), ale nie o spottersach kolejowych, tramwajowych czy lotniczych którzy robiąc zdjęcia pociągów czy samolotów nikomu krzywdy nie robią. Jednak nie ma raczej ludzi kolekcjonujących zdjęcia transformatorów w rozdzielni elektrycznej czy kamer monitoringu, dlatego trzeba zachować rozsądek na tym polu. Natomiast jak ktoś przełazi przez płot jednostki wojskowej czy ważnego zakładu przemysłowego, to naprawdę nie ma na co czekać. Trzeba też wiedzieć, jak się zachować na wypadek ostrzeżeń alarmowych, w przypadku znalezienia rozbitego drona, itd. W ogóle trzeba się przestawić mentalnie na funkcjonowanie w stanie zagrożenia, nie powielać beztrosko fejków, nie ulegać kremlowskiej propagandzie, ani nie głosić popularnych u nas tez, że państwo nie działa. A mamy we krwi to sławetne narzekanie, że wojsko jest z tektury, państwo z kartonu, itd., nie mając ku temu żadnych podstaw. To wszystko służy budowaniu tzw. anomii społecznej, kiedy obywatele nie ufają instytucją państwa i nie wspierają ich, co prowadzi do chaosu i rozkładu, a same instytucje faktycznie przestają działać. Do tego nie można dopuścić, trzeba postawić na edukacje, ale jednocześnie uświadomić ludziom całą powagę sytuacji. Żarty się skończyły. Zdjęcie stanowiska dowodzenia (US DoD) - poglądowe Moi drodzy, jeśli Wam się podoba, i jeśli mam swój czas poświęcać, jeśli chcecie coś poczytać, to poproszę o kawkę, to tylko 10 czy 20 zł. Pozdrawiam wszystkim i dziękuję mocno tym, co kawki kupują. buycoffee.to/dafiszer
6
42
1
167
7,810
Instytut Studiów nad Wojną Institute for the Study of War (ISW) z Waszyngtonu jest ogólnie uznawany za rzetelne i profesjonalne źródło informacji w zakresie analiz operacyjnych i militarnych. W radzie programowej i zarządzie zasiadają emerytowani generałowie USA i wysocy rangą dowódcy wojskowi (m.in. gen. David Petraeus, były dyrektor CIA i dowódca sił koalicyjnych w Iraku i Afganistanie, czy gen. John M. „Jack” Keane, były zastępca szefa Sztabu Wojsk Lądowych), są też gen. por. James Dubik, płk William Roberti i płk dr Brian Babcock-Lumish. Analitycy przypisani do konkretnych sekcji (np. zespół ds. Rosji i Ukrainy, Bliskiego Wschodu czy Chin) posiadają biegłą lub natywną znajomość języków lokalnych (np. rosyjskiego, ukraińskiego, perskiego, mandaryńskiego). Pozwala im to na bieżąco analizować lokalne media, kanały na Telegramie, dokumenty rządowe i fora wojskowe. Są to najczęściej absolwenci stosunków międzynarodowych, studiów strategicznych, bezpieczeństwa narodowego oraz historii wojskowości (z tytułami magistrów i doktorów). Spośród cywilnych analityków najbardziej znane jest małżeństwo dr Frederick W. Kagan i dr Kimberly Kagan. I ten szacowny instytut, nie byle jaka instytucja, 24 września 2026 r. publikuje raport zatytułowany: „Rosyjska kampania wojenna przeciwko Europie: aktualne cele.” ISW pisze wprost o rosyjskiej wojennej kampanii przeciwko Europie (The Russian Military Campaign Against Europe), bez żadnych ogródek. Oczywiście słowo „kampania” zostało tu użyte w nieco innym znaczeniu, to nie dosłownie wojna, ale coś w rodzaju „aktywności wojennej”. Niezależnie jednak od wszystkiego, waszyngtońscy analitycy z ISW piszą: Rosja działa w realiach wojennych przeciwko Europie, podczas gdy Europa nadal funkcjonuje w warunkach pokojowych. Nie oznacza to jednak, że wojna na pełną skalę między Rosją a NATO jest nieunikniona, a tym bardziej bliska. Ale NATO i państwa europejskie muszą zrozumieć model postępowania, jakim posługuje się Kreml.” A dalej możemy przeczytać: „Kreml od dawna uważa, że znajduje się w długotrwałym konflikcie z Zachodem, i prowadzi go w celu realizacji kilku niezmiennych, nadrzędnych celów strategicznych, które pozostają w dużej mierze takie same przez cały okres rządów Putina.” Wśród celów strategicznych Rosji, raport wymienia: „Odbudowa pozycji Rosji jako mocarstwa, co wymaga podporządkowania sobie Ukrainy i Białorusi; Odzyskanie dominujących wpływów w państwach dawnego Związku Radzieckiego, ze szczególnym uwzględnieniem państw bałtyckich i Mołdawii; Ustanowienie nowego ładu światowego, w którym wpływy USA zostaną ograniczone, jedność NATO rozbita, a Rosja zyska decydujący głos: Kreml dąży do stworzenia wielobiegunowego porządku międzynarodowego, w którym będzie jednym z kilku kluczowych biegunów siły. Chce to osiągnąć przede wszystkim poprzez osłabienie pozycji USA oraz doprowadzenie do sytuacji, w której NATO i UE – dysponujące razem znacznie większym potencjałem gospodarczym i militarnym niż Rosja – nie będą zdolne do działania jako zjednoczone bloki. W związku z tym Kreml dąży do tego, aby Stany Zjednoczone w dużej mierze wycofały się z Europy, aby rozbić spójność sojuszu NATO, zakończyć częściową izolację dyplomatyczną i gospodarczą Rosji oraz narzucić normę, zgodnie z którą Rosja musi być przynajmniej konsultowana we wszystkich kluczowych kwestiach geopolitycznych na świecie.” To ostatnie stwierdzenie jest bardzo, ale to bardzo ostrożne. „przynajmniej konsultowana we wszystkich kluczowych kwestiach geopolitycznych na świecie”. Ale nie mówimy przecież o świecie, ale o samej Europie. Dlaczego to Rosja ma być „przynajmniej konsultowana” we wszystkich kluczowych kwestiach geopolitycznych na świecie? A nie Europa? Czyżby Rosja miała być konsultowana reprezentując Europę? Najwyraźniej na to wygląda, że w imieniu Europy, na forum światowym „konsultowana” będzie Rosja. Można więc zadać proste pytanie: w jakiej roli Rosja będzie reprezentować europejski region na świecie? Stany Zjednoczone mają się bowiem w dużej mierze wycofać z Europy, a zamiast nich to Rosja ma się wypowiadać we „we wszystkich kluczowych kwestiach geopolitycznych”, jak się domyślamy – w imieniu Europy. Bieżące cele Kremla w konfrontacji z Europą Według raportu, Rosja obecnie prowadzi serię skoordynowanych działań kinetycznych i kognitywnych przeciwko Europie w celu ograniczenia wsparcia dla Ukrainy oraz zneutralizowania NATO. Działania te mają na celu umożliwienie Rosji osiągnięcia celów w Ukrainie oraz odzyskanie dominacji w regionie postsowieckim. A zatem te dwa cele, to (wg. raportu): „Ograniczenie lub całkowite wyeliminowanie europejskiego wsparcia wojskowego i dyplomatycznego dla Ukrainy, aby umożliwić Kremlowi osiągnięcie jego celów militarnych w Ukrainie; oraz Zneutralizowanie NATO jako zjednoczonego sojuszu zdolnego do przeciwstawienia się Rosji, w celu odzyskania dominujących wpływów na obszarze postsowieckim i ustanowienia wielobiegunowego ładu światowego.” Zwróćmy uwagę na to „ustanowienie wielobiegunowego ładu światowego”, co ni mniej, ni więcej oznacza zbudowanie w Europie własnej strefy wpływów (wpływu władzy), tak by Rosja była (obok USA, Chin i może Indii) jednym z „biegunów” świata wielobiegunowego (czytaj – mocarstwem decyzyjnym), będąc dominantem w regionie europejskim. Naszym zdaniem to cel długofalowy, choć wszystko co obecnie robi Rosja, to właśnie realizacja tego celu, choć na relatywnie wczesnym etapie realizacji. Dalej autorzy raportu piszą „Kremlowska teoria zwycięstwa w Ukrainie opiera się na założeniu, że Rosja zdoła przetrwać zachodnie wsparcie dla Ukrainy. Kreml słusznie ocenia, że wsparcie to jest kluczowe, aby umożliwić Ukrainie militarne odparcie pełnoskalowej rosyjskiej inwazji i doprowadzenie do zakończenia wojny na warunkach akceptowalnych dla Kijowa oraz jego sprzymierzeńców.” Jak do tej pory całkowicie się z tym raportem zgadzamy. Może my głosimy to samo nieco bardziej wprost, nie zabezpieczamy się ładnymi okrągłymi zdaniami i dwuznacznymi stwierdzeniami, z których można się w razie czego wycofać, nie naruszając swojej reputacji. Ale to raczej forma przekazu, a nie treść przekazu, bo co do treści, to właściwie nie mamy nic do dodania. Sami o tym piszemy od bardzo już długiego czasu. Autorzy raportu dość szeroko opisują dywersyjno-sabotażowe i inne wrogi aktywności rosyjskie przeciwko Europie Zachodniej, ukierunkowane na te same cele: po pierwsze, wymusić przerwanie militarnej pomocy dla Ukrainy, a po drugie – rozmontować NATO jako skuteczny sojusz militarny. Co do samej oceny tej aktywności, w raporcie zawarto bardzo ciekawy naszym zdaniem akapit: „Kreml wykorzystuje fakt, że państwa europejskie traktują te działania głównie jako problemy o charakterze prawno-porządkowym. Długie procedury w Europie związane z prowadzeniem śledztw, ściganiem przestępstw i przypisywaniem odpowiedzialności za poszczególne akty Kremlowi dodatkowo utrudniają opracowanie i wdrożenie skutecznych europejskich odpowiedzi. Państwa europejskie muszą oczywiście stać na straży praworządności i zapewniać rzetelny proces osobom oskarżonym o przestępstwa, ale muszą również opracować spójne mechanizmy pozwalające na szybką ocenę tych działań jako elementu celowej rosyjskiej kampanii mającej na celu zakłócenie europejskiego wsparcia przemysłu obronnego dla Ukrainy, a także zaprojektować odpowiednie środki zaradcze.” Akurat kilka dni temu o tym pisaliśmy, że to nie jest jeszcze wojna, ale za pokój też to trudno uznać. A zatem trzeba przygotować odpowiednią legislację na czas kryzysu wojennego. I na koniec jeszcze chcemy przytoczyć to: „Kreml prowadzi kampanię kognitywną (psychologiczną), mającą na celu przekonanie Zachodu, że zwycięstwo Rosji nad Ukrainą jest nieuniknione, a Stany Zjednoczone i Europa powinny zmusić Ukrainę do zaakceptowania korzystnego dla Kremla porozumienia oraz ponownego znormalizowania stosunków z Rosją na jej warunkach – czyli serii fałszywych narracji, które ISW wielokrotnie dokumentował i obalał. Kreml realizuje wiele swoich działań kinetycznych (fizycznych ataków) w celu wsparcia celów informacyjnych, dlatego poszczególne rosyjskie ataki kinetyczne należy postrzegać w kontekście kampanii informacyjnych, które wspierają, a nie jako rozproszone, pojedyncze incydenty.” Również i o tym pisaliśmy. Wspomniane akty dywersji de facto nie sprawiają większych kłopotów w funkcjonowaniu państwa, szkody materialne są minimalne. Ale torują drogę zakrojoną na szeroką skalę działań informacyjnych i właśnie to jest najgroźniejsze. Podsumowanie Ten mój odcinek może wydać państwu nudny, ponieważ o tym wszystkim już pisaliśmy w "Polityce", wraz z synem. Ale jednak co innego, jak piszemy to my, a co innego jak firmuje to samo kilku szacownych amerykańskich generałów i utytułowanych analityków, w tym były dyrektor CIA. Chcę się tym podeprzeć, by pokazać że analitycy na całym świecie stosując określoną metodykę nieuchronnie dochodzą do tych samych wniosków, które siłą rzeczy nie mogą się różnić od siebie w znaczący sposób. Moi drodzy, jeśli Wam się podoba, i jeśli mam swój czas poświęcać, jeśli chcecie coś poczytać, to poproszę o kawkę, to tylko 10 czy 20 zł. Pozdrawiam wszystkim i dziękuję mocno tym, co kawki kupują. buycoffee.to/dafiszer
25
237
22
714
47,668