Pewnie już wiecie, że bohater nowego filmu "Resident Evil" Zacha Creggera nie jest jak Chris Redfield czy Leon S. Kennedy, ani nawet jak Milla Jovovich. Najbliżej mu do fajtłapy-włamywacza (tego granego przez Joego Pesciego) z filmu "Kevin sam w domu". Tak samo złorzeczy pod nosem na serię spotykających go problemów, smaży sobie jajka przechodząc nad elektrycznym pastuchem, spada z wysokości i ogólnie przez sporą część filmu po prostu mu się nie wiedzie, ku uciesze widzów. Tak, "Resident Evil" nadal jest horrorem. Ale jakoś tak przez połowę czasu, bo przez drugą połowę jest czarną komedią. I - sam jestem zdumiony, że to piszę - to działa.
Jest też jednak ów bohater, Brian (Austin Abrams), kurierem medycznym, który rusza z przesyłką do Raccoon City. Reszty łatwo się domyślić. Tak, oczywiście, że coś w mieście idzie nie tak. Ale nie, Brian nie staje się w 5 minut herosem. Daleko mu nawet do Ethana Wintersa, który był najbardziej "everymański" z bohaterów serii gier, choć przecież i tak szybko stawał się typem, który wszystkich wysyła na tamten świat (po raz drugi, bo po pierwszym wrócili). Brianowi problem sprawia najzwyklejsze przeładowanie broni. Mimo że, jak sam mówi, jest graczem. I to już co najmniej dwa powody, by łatwo się z nim utożsamić. Zwłaszcza że co rusz stawia czoła gamizmom, czyli elementom, którymi gry są wyładowane po brzegi, choć tak na logikę nie mają sensu. Mowa choćby o kłódkach, których przestrzelić nie da się choćby nie wiadomo co (trzeba znaleźć klucz) albo płotach z adamantium, których nie pokonamy, bo twórcy nie przewidzieli za nimi lokacji. Tudzież nieustannego przetrząsania szuflad w poszukiwaniu amunicji. Wspominałem już, że nowy filmowy "Resident" jest w dużej mierze czarną komedią? Wychwytywanie takich growych niuansików daje sporo frajdy.
Tak, to wciąż jest "Resident" bez Leona, a nawet bez rezydencji. Ale okazji, by w trakcie seansu się uśmiechnąć, na pewno nie brakuje. Spójrzcie tylko, w jakim pudełku znajduje się amunicja do shotguna. Albo gdzie ów shotgun wisi. Brian poniekąd... zarządza ekwipunkiem. A pamiętacie, jak kiedyś save'owało się w grze? To w pewnym momencie uśmiechniecie się wyjątkowo szeroko. Nie potrzebujemy bicepsa Chrisa, by wskazać palcem na ekran niczym Leonardo di Caprio w popularnym memie.
Nadmienię jeszcze, że nie jestem entuzjastą horrorów Zacha Creggera. Chwalone przez krytyków i fanów "Weapons", tak jak i wcześniejszych "Barbarzyńców", do pewnego momentu oglądało mi się świetnie, ale miałem wrażenie, że w finałowej tercji filmy rozjechały się w zakresie konsekwencji, gubiąc nastrój i sens. Cieszę się, że "Resident Evil" uniknął tej pułapki. On wręcz w finale zaskakuje. W popremierowych recenzjach pojawiało się stwierdzenie, że to najlepszy film Creggera - i pod tym zdecydowanie mogę się podpisać.
"Resident Evil" jest dziś workiem pomysłów. W jego poetyce mieści się wszystko. I nastrojowy, kameralny horror, i rozpierducha na pół stanu. W serialu sprzed paru lat Wesker był rodzinnym geekem, a na pierwszym planie umiejscowiono licealne perypetie dwóch bliźniaczek (już to wyparłem). Nowy film mimo wszystko pozostaje horrorem, nawet jeśli zadziwiająco dużo w nim humoru, przerysowania i wręcz slapstickowej grozy, a straszenie oparto na jump scare'ach. Ale jest przede wszystkim solidnym rozrywkowym kinem, które swoich growych korzeni się nie wstydzi - a wręcz przeciwnie, sięga do nich i zaprasza do zabawy. Film Creggera spokojnie broniłby się bez stempla "RE" i spuścizny 30-letniego uniwersum, ale to dzięki nim ogląda się go jeszcze lepiej.
#filmyKosa